Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 3 [czerwiec-lipiec 1999]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona

Stanisław Witold Czarnecki

Pot, krzem i łzy

Zabłyskały lasery, zaćwierkały piezokwarce, zamigotały ledy. Zatętniły przeciążone łącza kwantowe, zawyły dekodujące procesory, przygasły neony w Las Vegas i nagle...

"Naprzód, cholerne pawiany, chcecie żyć wiecznie?!" - ryknęło Dolby SerroundT w hełmach piechociarzy i kabinach czołgów, głosem czarnoskórego sierżanta Smitha, który w tym momencie, w swoim gabinecie na trzecim piętrze Pentagonu, kliknął przycisk "OK" lewym klawiszem myszy, po czym założył nogi na obudowę swojego służbowego, siedemnastocalowego monitora i zezując na zaklejony plastrem czujnik przeciwpożarowy zaczął przypalać olbrzymie kubańskie cygaro - prezent od znajomej cizi, sekretarki z Białego Domu. Wydmuchując kłęby aromatycznego dymu, obserwował ekran, dla niewprawnego oka wyglądający jak kasza z otrębami polana keczupem. Od czasu do czasu poruszał myszą i klikał jednym z trzech klawiszy.

Nagle zaskrzeczała słuchawka w jego uchu.

- ...

- Tak, sir. Pański pluton atakuje zgodnie z planem.

- ...

- Oczywiście sir, idzie świetnie. Czy życzy pan sobie podgląd na swój komputer?

- ...

- Ach tak, sir. Oczywiście, nie warto przerywać. Steel Panters XV to fascynująca rozrywka. No i można sobie przypomnieć, jak to niegdyś bywało...

- ...

- Tak jest, sir. Natychmiast zawiadomię, gdyby był pan potrzebny, ale szczerze wątpię, czy zajdzie taka konieczność. Platoon Commander 3.11 spisuje się bez zarzutu.

A tymczasem na rozległej, zielonej równinie, z rzadka usianej kępami drzew i przeciętej błękitną wstęgą rzeki, pękła na miliard kawałków cisza letniego poranka. Z wizgiem i łomotem nadleciały pociski dalekonośnych dział, naprowadzane GPS'em. Serie eksplozji w oka mgnieniu zaorały całe hektary gruntu na lewym brzegu rzeki. Zapłonęły drzewa zasypane fosforem. Setki tysięcy wolframowych odłamków ogołociły z liści każdą kępę krzaków na tyle dużą, aby mógł się w niej ukryć bodaj królik.

Na tak przygotowany teren spadły samoloty szturmowe i śmigłowce. Powietrze zgęstniało od wiązek skanujących, rakiet przeciwpancernych i bomb kasetowych. Zamigotały lasery obrony punktowej, a pociski z coilgunów, choć wydawało się to niemożliwe, zagłuszyły swym hiperdźwiękowym grzmotem huk eksplozji.

A na prawym brzegu rzeki... Oto nieomal jak na oczach Makbeta, lecz nie las, a łąka ruszyła z miejsca. Rozpadła się na setki, tysiące skrawków, a każdy z nich ruszył w zawrotnym tempie ku rzece. To czołgi gubiły w biegu maskowanie, obnażały swoje płaskie, obłe korpusy, pokryte oczami skanerów i laserów jak biedronka kropkami, ze sterczącymi czułkami anten i perforowanymi lufami coilgunów. Za nimi, w zbrojach egzoszkieletów, gnała piechota, na bezdrożu dorównująca szybkością wozom opancerzonym.

Przejście po dnie rzeki nie zabrało atakującym nawet dwóch minut. Już byli na "wrogiej ziemi", teraz bardziej podobnej do jeszcze tlącego się, dymiącego popiołu. Parli naprzód nie zwalniając tempa, ciągle poprzedzani przez falę ognia dział i wsparcia powietrznego. Już dwieście, już trzysta metrów! Gdzie nieprzyjaciel?

Był. Nagle był wszędzie dookoła. Stanowiska ogniowe, okręcone kokonami kevlaru i mat termoizolujących, przetrwały, głęboko okopane. Teraz budziły się z elektronicznego letargu, który zmylił zwiad i komputery naprowadzające. Systemy obronne czołgów szalały, zalane gradem pseudorakiet, nieodróżnialnych od prawdziwych, śmiertelnie niebezpiecznych. Wydawało się, że wokół czołgów wyrosły półsfery żywego ognia podsycanego laserowymi błyskami. Ale oto już pierwszy pojazd eksplodował białym ogniem. Za nim drugi, trzeci, kolejny... Pozostałe jednak ciągle parły do przodu, w biegu strzelając z coilgunów.

A za nimi piechota, zasypująca każdy zauważony okop seriami granatów eksplodujących i zapalających. Pomimo strat. Pomimo dziwnych, kanciastych kształtów, ociekających smarami i krwią, sypiących iskrami, których coraz więcej leżało na zrytej pociskami ziemi.

Natarcie ciągle trwało.

Wojna przyszłości. Czy tak będzie wyglądała? Warto chyba się zastanowić, pomimo oporu moralnego, jaki wzbudza ta obrzydliwa, ale jakże ludzka czynność - wojowanie. O ile ludziom nagle nie zaczną rosnąć białe skrzydła, czeka nas jeszcze kilka solidnych, krwawych konfliktów zbrojnych i obawiam się, że nie będą to tylko bitwy na maczety i kałasze, prowadzone przez hebanowych dżentelmenów w przepaskach biodrowych, które można pooglądać w telewizji, a przy okazji wzruszyć się i wpłacić 10 zł na biedne, głodujące dzieci wojujących tatusiów.

Dotychczasowe wielkie konflikty zbrojne zaskakiwały większość biorących w nich udział. Wojna okazywała się wyglądać inaczej niż te, o których uczono w szkole, które pamiętali ze swej młodości generałowie. A podobno nie dać się zaskoczyć to jeden z filarów sukcesu. No więc zabawmy się w przewidywanie przyszłości. Co też strasznego, jakie cuda techniki w przyszłości spełnią rolę maszynki do ludzkiego mięsa? Może jak przyjdzie co do czego, to zdziwimy się trochę mniej niż pozostali i odniesiemy sukces?

Jaki?

Ano, przeżyjemy :-).


Poprzednia strona Spis treści Następna strona