Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 3 [czerwiec-lipiec 1999]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona

Grzegorz Wiśniewski

Wojna informacyjna

Pozwoliłem sobie w poniższym tekście zgromadzić rozmaite elementy militarne, nie związane bezpośrednio z walką pierwszoliniową, a będące niezwykle istotną częścią współczesnego - i zapewne przyszłego - pola walki. Ich wpływ na metody prowadzenia wojny z pewnością jest równy temu, jaki mają nowe rodzaje broni, warto zatem przy okazji rozważań nad przyszłością temat ten poruszyć.

I. Łączność

Od najdawniejszych czasów łączność była bodaj najważniejszym elementem prowadzenia walki, czy to w skali taktycznej czy strategicznej. Precyzyjne informacje o nieprzyjacielu są zupełnie nieprzydatne jeżeli nie można ich szybko i skutecznie przekazać tam, gdzie są potrzebne. Należy oczekiwać, że w skali strategicznej środki łączności będą odbiciem skali taktycznej, a więc tego czym dysponują poszczególne oddziały - na tym poziomie zatem należałoby się skupić.

Radio już od niemal 100 lat jest podstawowym środkiem przekazywania informacji na polu walki. Jest to technologia znana i dopracowana, zapewniająca odpowiedni poziom niezawodności, podlegająca ciągłym zmianom i ulepszeniom. W tej chwili niewielkie nadajniki mają już bardzo duże zasięgi - rzędu kilkuset kilometrów. Można dokonywać połączeń poprzez satelity, wiszące wysoko nad polem walki i (przynajmniej teoretycznie) poza zasięgiem przeciwdziałania nieprzyjaciela.

Rozpowszechnienie tej technologii ma także sporo minusów. Doskonale znane są sposoby zakłócania i podsłuchiwania komunikacji. Oznaczono warunki, w których poprawna łączność radiowa nie będzie w ogóle możliwa z powodu warunków terenowych lub pogodowych. Co gorsza całkiem nieźle poznano też sposoby namierzania sygnału. Korzystając z kilku namierników, systemy komputerowe mogą oznaczyć rejon, z którego dokonywana jest transmisja, zapisać te dane na przestrzennej mapie w głowicy pocisku (typu HARM np.) i wystrzelić go. Krótko - korzystanie z radia do transmisji ciągłych na polu walki, jakie są wymagane np. przy dowodzeniu w pełni zautomatyzowanym sprzętem, jest równoznaczne z włączeniem wielkiego, podświetlanego napisu 'TU JESTEM'. Nie należy oczywiście w takim wypadku oczekiwać happy endu.

Dróg wyjścia z tej sytuacji jest kilka. Można np. ograniczyć się do krótkich, sekundowych transmisji skompresowanych danych w losowych odstępach czasu, które byłyby właściwie niemożliwe do namierzenia. Sposób ten dobry jest jednak właściwie tylko do składania meldunków lub przekazywania rozkazów samodzielnym jednostkom/automatom. Nie nadaje się jednak do zdalnego dowodzenia automatycznym czołgiem na polu walki, bo sygnał może być zagłuszony, podmieniony przez wroga - albo też operator może stać się obiektem ataku. Teoretycznie bezpośredni kontakt z podległymi jednostkami można utrzymywać kontakt z satelitów - ale to wydaje się rozsądne tylko w przypadku lokalnego konfliktu ze słabszym przeciwnikiem. W wypadku wojny totalnej satelity niskoorbitalne z pewnością znajdą się w czołówce celów do zniszczenia.

Innym rozwiązaniem jest rozwinięcie alternatywnego systemu łączności lokalnej - opartego na laserach. Promień laserowy, podczerwony lub nadfioletowy jest kierunkowy - nikt poza domniemanym adresatem nie odbierze przekazu. Grupa nacierających automatycznych czołgów może utrzymywać ze sobą stałą łączność laserową bez ostrzegania przeciwnika o swoim istnieniu. Podobnie można kontaktować się z satelitami, pozostając całkowicie niedostrzeżonym dla radiowych środków wykrywania przeciwnika. Laser także ma swoje wady. Przede wszystkim wymaga istnienia nie zasłoniętej linii celowania pomiędzy nadajnikiem i odbiornikiem, wszak promień lasera porusza się tylko po prostej. Stąd zastosowanie tego typu łączności będzie wymagać wielu punktów transmisji - niewielkich i będących właściwie sprzętem jednorazowego użytku głowic nadawczo-odbiorczych, które umieszczone (narzutowo) w rozmaitych punktach pola walki będą stanowiły przekaźniki informacji. Lasera nie można zakłócić - łatwiej już chyba rozpylić nad polem walki chmurę stopera - jednak wiązka odpowiedniej mocy będzie na to dość odporna. Rozwiązanie to także ma kilka wad. Największą jest z pewnością niewielka skala działania takiego systemu - na płaskim terenie maksymalnie 24 km - do widnokręgu (chociaż przy umieszczeniu na odpowiedniej wysokości odpowiednio dalej). W wypadku szybkich postępów natarcia będzie to wymagało narzutowego rozmieszczania kolejnych przekaźników. Inny problem to niewielka przydatność w terenie pofałdowanym, o dużej ilości szczegółów terenowych (miasto, wzgórza, las), gdzie wiązki nie będą po prostu miały szans na dotarcie do odbiornika. Niezbędne także będzie opanowanie taniej technologii budowy przekaźników, gdyż często będą one nie do odzyskania.

Wad powyższych dwóch systemów nie ma trzeci - łączność światłowodowa. Jest całkowicie niewrażliwa na zakłócenia nieprzyjaciela i właściwie niemożliwa do podsłuchania, nie potrzebuje przekaźników, no i potrafi radzić sobie w trudnym terenie. Pojazdy/automaty połączone mogłyby być światłowodem, wystarczającym do przesyłania dowolnych danych. I to rozwiązanie ma swoje wady - światłowód podatny jest na uszkodzenie, no i zasięg jego wykorzystania jest dramatycznie niewielki. Wydaje się rozsądne, że metoda ta zda się na cokolwiek jedynie w wypadku stacjonarnej obrony. Ale czy na coś takiego można będzie jeszcze liczyć w dobie punktowych uderzeń lotniczych?

Alternatywą może być właściwie połączenie powyższych propozycji. Wyobraźmy sobie niewielki, drobny szybowiec, mający echo radarowe wróbla i widmo termiczne gołębia, wiszący pod niebem na wysokości mili, spięty superlekkim światłowodem z pojazdem kontrolnym na ziemi, i stanowiący przekaźnik laserowy/ platformę zwiadowczą. W większości przypadków byłoby to rozwiązanie wystarczające.

II. Wykrywanie/zwiad

Od wielu już lat, od momentu wprowadzenia dwupłaszczyznowej stabilizacji armaty i komputerów celowniczych, mawia się, że przeciwnik wykryty to przeciwnik zniszczony. Oczywiście nie zawsze jest to prawda, jednak obserwacje rozwoju broni - zwłaszcza pancernej - podsuwają wnioski, że w przyszłości zasada ta będzie rządzić na polu walki. Gdy czołg/pojazd/samolot/żołnierz zostaną wykryci, natychmiast ściągną na siebie ogień wszystkich środków ogniowych, w których zasięgu będą się znajdowali. Ale jak będzie się prowadziło wykrywanie?

W widmie widzialnym póki co bezkonkurencyjne są ludzkie oczy. Najlepiej, gdy dowódca może na własne oczy (choćby i na ekranie laptopa) zobaczyć co się święci. Czasem bywa to jednak sposób zawodny. Z wielu powodów - stres, zmęczenie, niedoinformowanie. Optyczną analizę przedpola mogłyby wziąć na siebie systemy analizy obrazu, które w oparciu o jakieś rozwinięte formy transformaty Fouriera lub szacunkowe sieci neuronowe, mogłyby na własną rękę dokonywać analizy tego co jest widoczne. Oczywiście początkowo będą to jedynie funkcje doradcze, podpowiadające to, czego automaty dopatrzyły się w obrazie. Gdy algorytmy rozpoznawania kształtów staną się już na tyle doskonałe, że możne je będzie wprowadzić do systemów celowniczych - przełamana zostanie pewna bariera. Z czasem człowiek przestanie być jedynym, który ma prawo nacisnąć spust.

Z pewnością prędzej czy później zaproponowana powyżej technologia zostanie sprzęgnięta z resztą arsenału wykrywania - na pewno z termowizją. W latach II wojny światowej powstały pierwsze noktowizory, urządzenia pozwalające widzieć w ciemności. Były one bardzo niedoskonałe, zajmowały dużo miejsca, wymagały odpowiedniego zasilania oraz - co najgorsze - reflektorów oświetlających cele promieniowaniem podczerwonym. Z biegiem czasu wraz z usprawnieniem technologii zrezygnowano z noktowizji aktywnej (wymagającej podświetlania) na rzecz pasywnej. Niebagatelnym bodźcem był fakt, że pojazd/ żołnierz z włączonym takim reflektorem był widoczny (a więc podatny na zniszczenie) z bardzo dużej odległości. Następnym krokiem było odejście od mniej skutecznej noktowizji (czyli recepcji i wzmacniania promieniowania podczerwonego) na rzecz termowizji, technologii, w której płytka receptora, stale schładzana ciekłym azotem, wykazywała fantastyczną czułość i rozdzielczość. I wykrywanie termiczne obecnie idzie w tym kierunku. Rośnie rozdzielczość i czułość, pozwalając odróżniać obiekty o temperaturze różnej od tła o jeden lub dwa stopnie. W tej chwili wszystkie nowoczesne systemy celownicze pracują w oparciu o tę technologię i w przyszłości rzecz będzie wyglądać podobnie. Termowizory mają także strzelcy wyborowi oraz często dowódcy pododdziałów. Termowizja pozwala dobrze widzieć otoczenie w dzień i w nocy, w większości warunków pogodowych oraz przez cienkie ściany budynków. Obecnie awansowała na podstawową technologię wykrywania.

Od pewnego czasu bujnie kwitnie jednak jeszcze inna technologia - radary taktyczne. Radary znane są już od dawna, jednak dopiero od kilkunastu lat możliwa stała się taka ich miniaturyzacja, że coraz doskonalsze wersje umieszcza się na pojazdach. Od dawna są one elementami obrony plot. Od kilku lat tworzy się systemy pancerza aktywnego - radar milimetrowy, o największej obecnie skuteczności taktycznej, połączony z systemem zwalczania rakiet przeciwpancernych. Radary są umieszczane w zasobnikach, głowicach rakiet i bomb. Kwestią czasu stanie się opracowanie wersji jeszcze mniejszych, w które będzie można wyposażyć każdy pojazd bojowy. Wówczas radary milimetrowe mogłyby zapewnić w odpowiednich momentach unikalną ilość precyzyjnych informacji o polu walki, ale.... zasadniczo radary podpadają pod tą samą klasę problemów co łączność radiowa. Pierwsze włączenie radaru milimetrowego może być jednocześnie ostatnim. I tutaj rozwiązaniem będzie zapewne praca impulsowa, ale tą metodą nie da się raczej uzyskać danych taktycznych konkurencyjnych do tych, jakie zapewnia termowizja. A przynajmniej nie zawsze.

Jest jeszcze jedna metoda wykrywania, przydatna właściwie tylko jako element systemu ostrzegawczego lub jednorazowego środka przeciwpancernego - drgania gruntu. Można tą metodą wykryć maszerujących żołnierzy lub przemieszczające się pojazdy. Wbrew pozorom metoda ta ma bardzo dużą czułość. Minusem dyskwalifikującym jednak jej zastosowania taktyczne jest jednak fakt, że w wypadku jakiejś walki, interferencje drgań gruntu uczynią dane całkowicie niemożliwymi do interpretacji. Nada się ona jednak do zastosowania we wszelkiego typu zasadzkach lub automatycznych minach przeciwpancernych i przeciwlotniczych (zintegrowanych z innym typem systemu wykrywania). Wyobraźmy sobie przeciwpancerne pociski, odpalane z prostych wyrzutni, które nagle, bez ostrzeżenia, podnoszą się spod igliwia na dźwięk czołgowych turbin....

Zadania zwiadowcze z biegiem czasu całkowicie przejdą w ręce (?) automatów. Zadania takie stają się coraz mniej bezpieczne, zwłaszcza przy szybkim rozwoju środków zwalczania przeciwlotniczego. Małe, trudne do wykrycia samoloty lub szybowce, wyposażone w aparaturę optyczno-radarową będą wisieć nad polem walki jak sępy, stanowiąc niezłe i tanie źródło danych, którego utrata będzie przeliczalna na dolary raczej, niż na życia żołnierzy. Z tą tezą łączy się jednak także przepowiednia wzmożonego rozwoju środków wykrywania. Pozbycie się takich oczu będzie zadaniem równie istotnym jak uzyskanie lokalnej przewagi powietrznej.

III. Maskowanie

Było o wykrywaniu, teraz więc czas przedstawić drugi biegun. Maskowanie. Kiedyś było ono w niełasce. Pamiętamy historie o piechurach w niebieskich płaszczach i czerwonych spodniach nacierających na karabiny maszynowe. Ale to już przeszłość. Obecnie, w czasach rozwoju środków pierwszego uderzenia, które po wykryciu celu mogą go zniszczyć jednym trafieniem, maskowanie stało się ważniejsze niż kiedykolwiek. Czas przeżycia czołgu na polu walki liczy się w sekundach - zatem im później zostanie taki czołg wykryty, tym większe ma szanse na zadanie strat przeciwnikowi.

Maskowanie optyczne znane jest oczywiście najdłużej. Jego idea sprowadza się do przykrycia obiektu (stanowiska/ żołnierza/ pojazdu) czymś co upodobni go do otoczenia, utrudniając odróżnienie od tła. Stosowano też techniki deformacji bryły, co także miało utrudnić wykrycie/ trafienie. Prowadzone są eksperymenty z płaszczami światłowodów, zdolnymi 'wyświetlać' obraz terenu z drugiej strony obiektu (żołnierza/ pojazdu). Jest to chyba najdoskonalsza forma kamuflażu - w ten sposób znika problem identyfikacji optycznej zarówno przez obserwatorów ludzkich, jak algorytmy rozpoznawania obrazów.

Maskowanie optyczne ma jednak sens tylko wtedy, gdy możliwe jest zamaskowanie echa termicznego, obecnie najbardziej rozpowszechnionej metody identyfikacji. Cóż z tego, że czołgu z pięciu metrów nie można zobaczyć na własne oczy, skoro na ekranie termowizyjnego systemu celowniczego widać go z pięciu mil? Konstrukcja czołgu powinna wyglądać tak, że pancerz zewnętrzny jest izolowany jak skafandry kosmiczne i w miarę możliwości chłodzony do temperatury otoczenia. To jednak nie likwiduje wszystkich problemów. Ciepło to nadal trzeba gdzieś odprowadzać. Czołg właściwie nie mógłby być uzbrojony w klasyczne systemy uzbrojenie (materiał miotający), ponieważ wszystkie one produkują bardzo dużo ciepła, z którym nie bardzo jest potem co zrobić. Alternatywą będą pociski rakietowe z odrzucanymi po użyciu zatokami (nagrzewają się przy odpaleniu), albo broń kinetyczna o innej zasadzie działania (np. coilgun). Inny problem to nagrzewanie się elementów układu jezdnego. Gąsiennice i koła raczej nie dadzą się zabezpieczyć przed nagrzewaniem i będą wyróżniać się w termowizyjnych celownikach wroga.

Sprawa z radarami ma się jeszcze gorzej. Teoretycznie produkuje się kadłuby o niewielkich aktywnych przekrojach (chwilowo samolotów) oraz maluje je farbą pochłaniającą część widma radarowego. Jednak w przypadku upowszechnienia się taktycznych radarów milimetrowych, działania te okażą się jednak mało skuteczne. Jedyna nadzieja właściwie w tym, że z uwagi na szeroką gamę skutecznych środków namierzania emisji radarowych - korzystać z tej metody będzie się raczej rzadko.

Całkowicie poza zasięgiem pozostaje jednak kwestia blokady drgań gruntu. Czułość osiągana nawet dzisiaj czyni podobne manipulacje raczej niewykonalnymi. Można to jednak dość łatwo zakłócić. A w celu uniknięcia zasadzki zautomatyzowanych środków walki, puszcza się przodem w charakterze trałowca pojazd-wabik, który fałszuje charakterystykę drgań. Przy odpowiednim dobraniu częstotliwości powinien od ściągnąć na siebie ogień środków przeciwpancernych i przeciwlotniczych.

IV. Dowodzenie

Klucz do zwycięstwa. Odpowiednie dowodzenie. Żeby jednak mogło być ono skuteczne potrzebna jest dwustronna łączność z podwładnymi. Kiedyś istniał taki podział, że do dowódcy napływają dane, a do reszty wydane przez niego rozkazy. Obecnie, wraz z rozwojem wojskowych LANów na polu walki, coraz częściej dowódca przekazuje podwładnym także dane. Amerykanie jako pierwsi wprowadzili na serio do armii cyfrowy LAN pola walki. Większość pojazdów pancernych w jednostkach z tego programu jest spięta siecią przesyłania danych. Podejście takie zapewnia wysoką samodzielność i skuteczność.

Pojawiły się głosy o potrzebie wprowadzenia systemów komputerowych pojedynczego żołnierza, tzw. Soldier Personal Assistant, które spełniałyby rozmaite funkcje - głównie przesyłania precyzyjnych danych o żołnierzu. Nie tylko medycznych, ale także taktycznych. Także dowódca miałby możliwość przesyłania podwładnym szczegółowych informacji. Taki SPA byłby elementarną częścią sieci pokrywającej pole walki. Chwilowo jednak technologia komputerowa jest nieco zbyt ciężka i nieodporna, jak na wymagane przez wojsko standardy. W przyszłości natomiast każdy żołnierz otrzymać może hełm ze zintegrowanym serwerem, dokonującym na niewielkiej przyłbicy graficznych prezentacji danych, takich jakie widać na lotniczych HUDach. Serwer zintegrowany ze środkami łączności osobistej będzie wymieniał dane z dowództwem, pozwalając żołnierzowi na zachowanie świetnej orientacji taktycznej. Podobne elementy występują w chwili obecnej w części amerykańskich pojazdów pancernych, które pozwalają na ignorowanie drakońskich wymagań odnośnie masy takiego sprzętu.

Kwestią czasu wydaje się także wprowadzenie w życie sieci WAN pola walki, łączącej dowództwo pułku z serwerami dowództwa lotnictwa oraz artylerii, pozwalające na ekstremalną efektywność wykorzystania tych środków walki do wsparcia żołnierzy/ pojazdów pozostających w bezpośrednim styku z przeciwnikiem. Żołnierz mający przed nosem natarcie przeciwnika, przekaże żądanie wsparcia wyżej, gdzie zostanie ono szybko zanalizowane przez szacunkowe systemy taktyczne i oficerów sztabowych, w wyniku czego podłączona do serwerów artyleria otworzy ogień dwie minuty po żądaniu. Taka sieć okaże się wręcz niezbędna, gdy z czasem nastąpi wprowadzenie na pole walki elementów w pełni automatycznych.

Już w tej chwili możliwe jest skonstruowanie czołgu w pełni automatycznego, sterowanego z zewnątrz przez załogę siedzącą wygodnie za linią frontu w ciepłych fotelach. Załoga zajmuje wszak w czołgu mnóstwo miejsca i pozbycie się jej jest kwestią czasu. Czynnikiem, który to rozwiązanie blokuje jest niedoskonałość zdalnej kontroli. Sygnał może być zagłuszony, zniekształcony, podmieniony przez wroga bądź po prostu może nie być w stanie przebić się przez zasłonę terenu. Dlatego tez w czołgu zawsze będzie potrzebny element ludzki. Element ten jednak z biegiem czasu, w miarę rozwoju oprogramowania i czujników będzie miał coraz mniej do roboty. Jego zdolność rozpoznawania nie będzie się mogła równać z szybkością algorytmów rozpoznawania kształtów, jego rozkazy z szybkością działania serwomechanizmów wieży. Stanie się po prostu niepotrzebny, a jego miejsce zajmie wieloprocesorowy komputer, prawdopodobnie już nie cyfrowej technologii, z zapisanymi ogólnymi dyrektywami, szacunkowym oprogramowaniem taktycznym i grupą procedur typu 'wyceluj', 'odpal i zwrot' itp. W takiej sytuacji wojskowe sieci pola walki będą niezbędne.

Co więcej automatyzacja środków walki (zwłaszcza czołgów) prawdopodobnie spowoduje eliminację śmigłowców z roli niszczycieli, ponieważ zintegrowane systemy celownicze pozwolą czołgom na wydajne zwalczanie śmigłowców na dużych dystansach.

V. WRE

Pod tym terminem kryje się walka radioelektroniczna - a więc wszelkiego typu walka w eterze. Zagłuszanie od dawna jest bardzo ważnym elementem każdej operacji lotniczej i nie tylko. Oszołomienie systemów namiarowych przeciwnika to połowa sukcesu. Jego automatyczne środki walki zwykle pozostają wówczas całkowicie bezradne. Zagłuszanie pozostaje jednak nieco w tyle wobec technologii komunikacyjnych, jego znaczenie może także spaść, gdy powstaną jakieś złożone systemy namiarowe, zdolne analizować większość sygnałów pola walki i desygnować określone źródła jako cele do zniszczenia. Wówczas wojna przejdzie raczej w fazę 'nasłuchu', przeciwnicy będą czekali aż ożyje jakieś źródło nadawcze, żeby móc je zniszczyć.

W sytuacji, gdy pole walki zostanie mocno usieciowione i zautomatyzowane, możliwe zapewne staną się ataki elektroniczne na sieć przeciwnika. Prawdopodobnie będzie to bardzo trudne i nieefektywne - wojskowi wszak lubują się w częstym zmienianiu kodów, a te, które mamy obecnie, są mało podatne na brutal attack. Niemniej wizja ataku deck dżokejów, jaka pojawia się w 'Neuromancerze' może nie do końca być fałszywa. Z pewnością WANy wojskowe staną się wdzięcznym celem ataków rozmaitych czubków i innych terrorystów, jednak nie sądzę, aby miało to jakieś drastyczne skutki.

Do istotnego środka walki urośnie wszelkiego typu broń EMP, przeznaczona do niszczenia systemów elektronicznych. W wypadku automatyzacji broni, staną się one naprawdę powszechne i groźne. W tej chwili trwają prace zarówno nad egzemplarzami takiej broni (pociski i granaty EMP), jak i wielopoziomowymi systemami zabezpieczeń, opartymi na skomplikowanych elementach elektrycznych. Ich charakterystyki wykazują, że będą one groźne także dla ludzi.

Jeżeli oczywiście jacyś będą włóczyć się po polu walki w przyszłości.


Poprzednia strona Spis treści Następna strona