| Stanisław
Witold Czarnecki
Zapach prochu
o poranku
"Rozpalone do
białości wiązki promieni niszczycielskiego światła mogły przeciąć każdą
ze znanych substancji (...)." - tak wyobrażał sobie Frank Herbert laserową
broń przyszłości. No cóż, akcja "Diuny" rozgrywa się w przyszłości baaardzo
dalekiej. Może kiedyś rzeczywiście laser dużej mocy razem z zasilaczem
będzie można nosić pod pachą. Ale czy w najbliższym stuleciu czeka nas
rewolucja, w wyniku której czołgi będą siały zniszczenie na polu walki
"rozpalonymi do białości wiązkami", a piechurzy zamiast zapasowych magazynków
będą nosić w ładownicach wysokowydajne baterie, lub akumulatory?
Nie sądzę. Każdy
nowy rodzaj broni, czy to pistolet, czy działo czołgowe, musi spełnić całą
gamę wymagań ogniowych, eksploatacyjnych i technologiczno - ekonomicznych.
Owszem, "pocisk" świetlny leci po trajektorii najbardziej płaskiej z możliwych,
która może się całkowicie pokrywać z linią celowania. Gwarantuje to celność
nieosiągalną dla pocisku przemieszczającego się po krzywej balistycznej.
Ale na tym przewagi laserów się kończą. Aby uzyskać z lasera moc wyjściową
gwarantującą siłę i skuteczność ognia na poziomie karabinu maszynowego,
trzeba mieć do zasilania małą elektrownię, albo sporą cysternę gazu, jeśli
używamy lasera chemicznego. Spróbujcie wrzucić laser do błota, upuścić
go z wysokości metra na beton, walnąć nim w głowę przeciwnika i niech po
tym wszystkim działa. Dla liczącego ponad pół wieku kałasza to żaden problem,
pomimo że kosztuje ułamek promila ceny lasera, jaki byłby potrzebny do
osiągnięcia analogicznej skuteczności rażenia. A co powiecie na ostrzelanie
pozycji wroga odległych o 20 km? No właśnie, takiej sztuczki, dziecinnie
prostej dla każdego działa 150 mm, lasery nie będą potrafiły NIGDY. Podobnie
jak nigdy nie będą miały małej liczby części składowych o prostym kształcie,
które od biedy można wykonać nawet w kuźni, ani nie będą mogły strzelać
zróżnicowaną amunicją: odłamkową, burzącą, przeciwbetonową czy zapalającą.
Wszystko to jednak
nie oznacza, że w dziedzinie uzbrojenia strzeleckiego i artyleryjskiego
czeka nas ogólna nuda i stagnacja, w związku z czym jako fantaści, żądni
nowości i gadżetów od których "oko bieleje", możemy o całej sprawie zapomnieć.
Będzie w tej dziedzinie masa nowości, w tym wiele jakby wprost wyjętych
z książek i filmów science-fiction. Wystarczy tylko spojrzeć na kształty
niektórych modeli broni strzeleckich, pojawiających się w ostatnich latach.
Prekursorem był Steyr AUG, karabin z końca lat siedemdziesiątych, który
"bez charakteryzacji" zagrał np. w "Babilonie V" i ostatniej serii "SeaQuestu"
(chociaż tam, nie wiedzieć czemu, strzelał lipnymi promieniami). A przecież
wygląda nieomal "klasycznie" w porównaniu z HK P90, czy HK G11 w wersji
ACR. Te cuda techniki z lekkich stopów i tworzyw sztucznych wyglądają jak
elementy scenografii do piątej części "Obcego" i naprawdę zostały zaprojektowane
i wykonane na "kosmicznym" poziomie technologii. A może ktoś życzy sobie
pistolet z mikroprocesorem? Proszę bardzo! Bushman IDW ma elektroniczne
sterowanie szybkostrzelności, dzięki czemu jedną ręką można z niego prowadzić
celny ogień ciągły, nie będąc Arnoldem Schwarzeneggerem.
Amunicja bezłuskowa,
amunicja strzałkowa, naboje tłokowe, broń na ciekły materiał pędny, karabiny
o olbrzymiej szybkostrzelności (modele eksperymentalne osiągnęły 4500strz./min.!)...
Zgrubne omówienie tylko najbardziej znanych "fantastycznych" wynalazków,
czekających na wprowadzenie do powszechnego użytku, zajęłoby małą książkę.
Ale na pewno warto wspomnieć o jednym. Czy ktoś nie pamięta tej sceny z
"Piątego Elementu", w której pociski wystrzelone w przypadkowym kierunku
same zakręcały i leciały do celu? Chyba wszyscy pamiętają :-). No więc
... to jest możliwe. Oczywiście nie w tak karykaturalnej formie, ale jednak.
Samonaprowadzające się rakiety nikogo już nie dziwią. Pociski artyleryjskie
z korekcją toru lotu, naprowadzane GPS'em, to kwestia czasu. Ale pociski
z broni strzeleckiej? Tak. Już tak. W Stanach Zjednoczonych trwają próby
z pociskami 12,7 mm naprowadzanymi na cel promieniem lasera. Takie pociski
można wystrzeliwać ze standardowej broni tego kalibru, jak np. Barret "Light
Fifty", karabin przenoszony i obsługiwany przez jednego człowieka.
Być może dożyjemy
czasów, w których karabiny dla oddziałów specjalnych będą się od zabawek
Gary'ego Oldmana różniły jedynie... brakiem czerwonego guzika.
P.S. lub komentarz
odautorski:
Zdaję sobie sprawę,
że moje zachwyty nad cudami techniki służącymi do zabijania mogą dziwnie
wyglądać. Pozwolę sobie zacytować fragment wstępu do książki "Broń strzelcka
XX wieku" napisany przez Iana Hogga:
"W świecie idealnym
całe to bogactwo myśli konstrukcyjnej byłoby niepotrzebne. Niestety, żyjemy
w takim świecie, w jakim żyjemy i nie wygląda na to, żeby za naszego żywota
dużo miało się zmienić. Niezależnie od tego jakie masz, drogi Czytelniku,
polityczne czy filozoficzne poglądy na wojnę i jej narzędzia, spróbuj je
na chwilę odłożyć na bok i spójrz na broń jako na wytwór ludzkiego umysłu.
(...) Jeżeli jakikolwiek wytwórca samochodów skonstruowałby wóz w połowie
tak niezawodny jak ckm Vickersa, kierowcy nosiliby go na rękach, a mechanicy
samochodowi musieli by szukać innej pracy."
|