Wyjaśnienie
W poniższym tekście Czytelnik nie znajdzie żadnych nazwisk i tytułów utworów, tam
gdzie być one powinny; nie operuję nimi świadomie, opierając się na przeświadczeniu,
że i tak wiadomo o kogo i o co chodzi. Rozmyślnie też używam wymiennie różnych
słów, mimo ich odmiennych znaczeń, zrzucając to na karby elastyczności i
niedookreśloności współczesnego języka.
Ukuwanie terminów jest modą. Jest nawet pewnego rodzaju nobilitacją; autorytety
nauki, w szerokim jej słowa znaczeniu, specjaliści od różnorakich dziedzin, a nawet
politycy szafują nimi na prawo i na lewo. Słowa wytrychy pojawiają się prasie, radiu i
telewizji (bywają nawet hasłami do odgadnięcia w organizowanych na amerykańska modłę
teleturniejach) zmuszając co bardziej dociekliwe umysły do sięgnięcia do genezy
pojęcia. Tutaj kłaniają się wszelakiej maści encyklopedie, słowniki i kompendia
wiedzy - ich autorzy mają pełne ręce roboty starając się w kolejnych wydaniach
aktualizować zmieniające się pojęcia, usuwać te, które w międzyczasie odeszły w
zapomnienie, wreszcie wyłapywać nowe terminy i wyrazy, często zrozumiałe tylko dla
samych ich autorów.
W tej sytuacji pozwoliłem i ja sobie ukuć pewne pojęcie, nie żebym tam od razu
aspirował do jakiejś wyjątkowej znajomości tematu, rzecz raczej potraktowałem
eksperymentalnie. Fantastyka ironiczna, bo to pojęcia mam właśnie na myśli,
jest według mnie określeniem bardzo trafnym w odniesieniu do tendencji, jakie w
ostatnich latach pojawiły się w polskiej literaturze fantastycznej. W niniejszym
tekście zdefiniuję, co pod tym pojęciem rozumiem, trzymając się z dala jednak od
jakichkolwiek przykładów, oraz usilnie będę się starał przekonać czytającego o
słuszności i uniwersalności tego neologizmu. Brak przykładów służy w zasadzie
jednemu celowi; rozumuję mianowicie, że jeśli Czytelnik przyjmie stosowanie terminu fantastyka
ironiczna, co sprowadza się do faktu, że znajdzie On we współczesnej literaturze
sf utwory spełniające kryteria fantastyki ironicznej, to dzięki teoretycznemu
tylko podejściu do tematu zapewniona zostanie subiektywna definicja tego pojęcia.
Mogłoby się zdawać, że tego rodzaju logika traci jakikolwiek sens. Nic podobnego!
Proszę mi uwierzyć, ale większość pojęć egzystuje w naszym codziennym języku bez
ścisłej definicji i ma się dobrze; taka już jest natura tego środka komunikacji.
Proszę choćby spróbować zdefiniować ten nieszczęsny postmodernizm. A ileż tego
słyszy się i czyta? Literatura, literaturoznawstwo i w ogólności wszelkie nienaukowe
przejawy ludzkiej działalności są odporne na dookreślność, że się tak wyrażę,
jednak ta ich elastyczność jest niekiedy powodem wielu nieporozumień. Nauki ścisłe,
fizyka, chemia, matematyka, to co innego; tam, aż nie sposób się jest porozumieć bez
precyzyjnych definicji. Ale literaturoznawstwo sprowadza się do czystych spekulacji.
Więc pospekuluję sobie nieco i ja. Zapraszam także i Ciebie Czytelniku do tej zabawy.
Bezpośrednim impulsem do napisania tego tekstu było skojarzenie powstałe podczas
lektury książki Johna Horgana, jednego z redaktorów "Scientific American",
zatytułowanej "Koniec nauki, czyli o granicach wiedzy u schyłku ery naukowej".
Horgan wprowadził i szeroko popularyzuje pojęcie nauki ironicznej - odnajdując
we współczesnej nauce analogie do sytuacji współczesnych poetów starających się
bezskutecznie doścignąć swych mistrzów - które najkrócej można chyba zdefiniować
parafrazując znane powiedzenie: jest to nauka dla samej nauki. Cytując samego autora nauka
ironiczna przypomina krytykę literacką, ponieważ prezentuje punkty widzenia, poglądy w
najlepszym razie interesujące i prowokujące do dalszych komentarzy. Nie zmierza jednak
do prawdy. Nie można w ten sposób osiągnąć empirycznie sprawdzalnych niespodzianek,
zmuszających uczonych do dokonania istotnej rewizji podstawowego opisu rzeczywistości. Tyle
Horgan. Zainteresowanych tematem zapraszam do lektury książki; pozycja jest naprawdę
interesująca, choć ukazująca uczonych w nieco karykaturalnym szkicu, można jednak ten
fakt zrzucić na karby braku doświadczenia autora w samym uprawianiu nauki - co jest na
dobrą sprawę dobrym tematem na odrębny artykuł.
Wróćmy jednak do fantastyki ironicznej.
Truizmem jest stwierdzenie, że żyjemy w czasach, kiedy fantastyka poszukuje nowych
form wyrazu, mam tu jednak na myśli tego rodzaju eksploracje czynione jedynie na polu jej
literackiej działalności. Czasy, kiedy fantastyka sprowadzała się w zasadzie do
podziału na taką, w której było więcej magii i miecza oraz takiej, w której atrybuty
te zastępowała nauka i broń laserowa, należą już do przeszłości. Współczesna
literatura fantastyczna to konglomerat gatunków, literackich gadżetów, swoistego
rodzaju wyścigi autorów w sposobie podejmowaniu tematów, dlatego dobrze jest tu mówić
o konwencji, jak twierdzi Jacek Inglot i z czym zgadza się profesor Smuszkiewicz.
Konwencja ta w czasach poprzedniego systemu politycznego wykształciła social fiction
- której czołowym twórcą na zawsze pozostanie już chyba Janusz A. Zajdel - będącą
zgrabnym połączeniem wartości literackich i humanistycznych, doskonałą, jak się z
czasem okazało, formą przekazu i uzgadniania powszechnie egzystujących wartości i
dążeń. Tamte czasy obfitowały w paliwo, które twórcy literatury fantastycznej
umiejętnie przetwarzali na mniejsze i większe arcydzieła. Ale czasy się skończyły.
Paliwo wyczerpało się, skończyły się pomysły. Nasuwa się tu analogia, może niezbyt
stosowna, niemniej jednak adekwatna, z sytuacją w polskiej muzyce punkowej. Wraz z
upadkiem systemu komunistycznego punk praktycznie przestał istnieć, bo punk opiera się
na buncie, na negacji narzucanego stylu życia, wartości i zasad. Nastąpiła odczuwalna
posucha w rozwoju tego rodzaju muzyki i ideologii, aż do czasu, kiedy punk znalazł
kolejny obiekt niezadowolenia - konsumpcyjny, amerykański styl życia.
Gorzej ma się natomiast polska fantastyka, bowiem od czasu zaniknięcia utworów
zaliczanych do social fiction na palcach można policzyć autorów, którzy
zaproponowali coś nowatorskiego, coś wartościowego i jednocześnie interesującego. (Nie
neguję tym stwierdzeniem pisarzy poruszających się sprawnie w ramach konwencji,
ofiarowujących każdym swym tekstem duchową i literacką strawę, tworzących w zgodzie
w samym sobą, bo tak tylko chyba można wytłumaczyć wiecznie aktualną magię ich
utworów.) Trudno w każdym bądź razie mówić o stworzeniu jakiejś szczególnej
odmiany fantastyki, owej fiction poprzedzonej magicznym słowem, będącej dobrą
klasyfikacją trendów literackich na polu polskiej fantastyki.
Jednak trudno, nie oznacza, że nie jest to możliwe. Wydaje się nawet, że
przyjmując pewien szczególny punkt patrzenia na fantastykę, który nazwałbym
ironicznym, da się stosunkowo łatwo wyróżnić grupę utworów spełniających
dostatecznie wiele wspólnych kryteriów, aby mówić o nich jako o odmianie tej
konwencji. To jest właśnie fantastyka ironiczna.
Ale po kolei.
Aby przybliżyć pojęcie fantastyki ironicznej posłużę się nieco
przekształconą analogią zaczerpniętą bezpośrednio z książki Horgana, którą z
kolei on wyprowadził w oparciu o esej Harolda Blooma "The Anxiety of
Influence", co niezwykle trafnie zostało we wspomnianej książce przetłumaczone
jako "Obawa zapożyczeń".
Współcześni autorzy fantastyki to postacie tragiczne, bo spóźnione, dźwigające
niemalże genetyczne brzemię swych wielkich poprzedników, epigoni nazwisk i tytułów,
które tkwią u fundamentów fantastyki, jako zjawiska faktycznie zaistniałego. Ciężaru
tego bagażu nie sposób ocenić, oszacować na dystans. To, coś więcej niż szamotanie
się w obrębie konwencji, tworzenie zgodnie z jej giętkimi zasadami, umiejętne
budowanie światów i nastrojów, wywoływanie emocji i przemyśleń przez korzystanie z
elementów warsztatu literackiego, które w oderwaniu od utworu są dobrze określone i
zupełnie płaskie. To wiecznie towarzysząca autorowi obawa zapożyczeń, wtórności, z
której istnienia i negatywnych konotacji nie zawsze zdaje sobie do końca sprawę. Można
wręcz pokusić się o stwierdzenie w postaci zasady, że im większe brzemię autora, tym
słabsza jego proza. Uniknąć tego zgubnego wpływu na jakość literatury mogą osoby
wychowane z dala od kultu nazwisk i tytułów, wyjątkowe silne osobowości lub też w
skrajnym przypadku osobnicy zapatrzeni ślepo w twórczość swych poprzedników;
osobnicy, którym to zaślepienie i oczarowanie wręcz pozwala tworzyć opowiadania i
powieści w niczym nie ustępujące tym, na których się wzorowali. Bywa, że spod piór
takich właśnie jednostek wychodzą utwory, dla których natychmiast znajduje się
miejsce w kanonie literatury fantastycznej. I to jest dla nich największa nagroda. Cała
reszta pisarzy fantastycznych to zwykli wyrobnicy, autorzy tekstów, które zapomina się
szybciej, niż czas, jaki był potrzebny na ich przeczytanie.
Ale są w tej rzeszy osób uprawiających fantastykę jednostki szczególne, urodzeni
literaccy buntownicy, niespokojne duchy poszukujące wciąż nowych form i treści. W
swych niestrudzonych eskapadach, mających prawdopodobnie przełamać i tak dosyć płynne
granice fantastyki, zapuszczają się oni na obszary tak absurdalne, że ich utwory trudno
traktować poważnie. Można za to podchodzić do nich ironicznie, co znacznie ułatwia
ich konsumpcję i zrozumienie, a nawet dostarcza niekiedy sporej porcji powodów do
śmiechu. Autorzy ci zwykle mylnie interpretują pojęcie fantastyki, proponując w zamian
jej własną wizję, oraz uprawiają literaturę w sposób spekulatywny. Utarło się, że
pierwsza cecha to przejaw postmodernizmu w polskiej fantastyce, zaś druga to
kontrowersja, tak bardzo silnie obecnie promowana.
Czasy i redaktorzy sprzyjają rozwojowi tego typu literatury; czasy z wiadomych
przyczyn (takie już są), zaś redaktorzy chyba głównie z jej rewolucyjnych aspektów.
I o ile do czasów, w jakich żyjemy, pretensji mieć nie możemy, o tyle redakcje pism
fantastycznych nie podlegają temu immunitetowi. To na ich barkach spoczywa bowiem w
największym stopniu odpowiedzialność za obraz polskiej fantastyki, to oni są
podstawowym czynnikiem opiniotwórczym, to oni winni są za jej obecny stan i obraz, jaki
funkcjonuje w społeczeństwie. A nie jest to obraz najlepszy.
Wracając do samego zjawiska będącego tematem tego artykułu, pokuszę się nawet o
podanie warunków dostatecznych, jakie musi spełniać tekst (niekoniecznie wszystkie),
aby jednoznacznie określić go jako fantastykę ironiczną. Ich kolejność
wymieniania nie ma żadnego znaczenia.
Ignorancja autora
To w zasadzie reguła, że temat poruszany przez autora w utworach fantastyki
ironicznej jest mu, posługując się konwencją ironii, daleko obcy. Jego niewiedza
sięga niekiedy astronomicznych wielkości, prowadząc do zabawnych konotacji, z których
sprytnie wymiguje się on powołując na atrybut fantastyczności tekstu lub inną cechę fantastyki
ironicznej - postmodernizm. Wydaje mi się, że obowiązkiem każdego pisarza jest
znajomość tematyki będącej kanwą utworu. Zresztą stosowny punkt możemy znaleźć w
radach C.S. Lewisa dla tych, którzy chcą pisać książki.
Kontrowersja
Tego mamy wystarczająco wiele na co dzień; kontrowersyjnych wiadomości dostarczają
nam media, w których owa kontrowersyjność od zawsze była wyznacznikiem wartości, w
zasadniczy sposób wpływając na poczytność, słuchalność czy oglądalność. Z
punktu widzenia warsztatu literackiego nie ma ona jednak żadnego znaczenia na
literacką wartość utworu. Jej promowanie w prozie jest wysoce szkodliwe, zwłaszcza,
kiedy stosuje się ją jako jedyne kryterium literackie. Bywa, że poza
kontrowersyjnością utwór nie prezentuje niczego innego, a to już nie jest literatura.
Prowokacja
To w zasadzie bardziej postawa autorów i redaktorów, niż cecha utworu. Publikowanie
i promowanie fantastyki ironicznej prowadzi do wzrostu jej popularności. To
oczywiste. Równie oczywisty jest fakt, że takie postępowanie motywuje młodych, a
również doświadczonych pisarzy, do własnych prób na tym polu. W konsekwencji
doprowadzić to może do sytuacji, kiedy poza fantastyka ironiczną nic innego nie
będzie się pisało. I czytało.
Metafizyka
Metafizyka jest modna. Modne jest to, czego struktura jest trudna do uchwycenia -
gwarantuje to bowiem, tak powszechnie lubianą, dowolność interpretacji (spekulacje).
Nie neguję samej metafizyki; jej właściwe ujęcie potrafi przysłużyć się tekstowi,
ale tego na próżno szukać w fantastyce ironicznej.
Brak nauki
W fantastyce ironicznej trudno znaleźć utwory, które można by choć w
znikomym stopniu zaliczyć do science-fiction. Prędzej już można tu mówić o nonscience-fiction,
a jeśli już jakakolwiek nauka w tych tekstach występuje, to zwykle w wynaturzonej swej
postaci, nie mającej nic wspólnego z rzeczywistą. Może być to efektem ignorancji
autorów lub przejawem ich swoistego eskapizmu. Nie mogę się w tym miejscu powstrzymać
od zaproponowaniu Państwu powieści "Mandala", publikowanej w The Valetz Magazine, w której to nauka wciąż pozostaje fundamentem.
Postmodernizm
Słowo wytrych padające co krok podczas rozmów na temat współczesnej polskiej prozy
fantastycznej. Zasada jest prosta. Jeśli padło, to mamy do czynienia z fantastyką
ironiczną.
Powyższe cechy w fantastyce ironicznej występują w mniejszym i większym
natężeniu, wszystkie bądź tylko ich część, zawsze jednak wybijają się na pierwszy
plan. Są podstawowymi aspektami, w jakich utwór się analizuje, a podczas jego promocji
są stosowane, jako haczyki marketingowe. Ileż to razy było dane nam czytać lub
słyszeć o kontrowersyjności utworu, metafizyczności przesłania etc. Nie muszę
wyjaśniać, że nikt nie będzie promował tekstu powołując się na ignorancję autora
- użyje w tym miejscu długich i zawikłanych zdań, obfitujących w słowa wytrychy,
którym zwieńczeniem jest zwykle postmodernizm.
Fantastyka ironiczna, jeśli pokusić się o jakieś podsumowanie, to literatura
utrzymująca Czytelnika z dala od rzeczy istotnie ciekawych, nowych, powodująca zastój w
jego rozwoju. To proza wprowadzająca w nasze życie więcej zamieszania, zwiększająca
entropię naszych poglądów, usilnie nakłaniająca do skupiania się na sprawach mało
lub zupełnie nieistotnych. Zajmuje się ona często dzieleniem na części pierwsze tego,
co stanowi jednolitą całość, dostarczając czytającemu godzinnych dyskusji o niczym.
I podstawowa sprawa - prawie nigdy nie przekracza granic tego, co znamy, bowiem rzadko
opiera się na pomyśle, a częściej na skutecznym zwodzeniu Czytelnika imitowaną
erudycją, ofiarowującą na zakończenie niewiele poza rozczarowaniem i poczuciem
kompletnego fiaska utworu.
PS. Fantastyka ironiczna to zarzut skierowany pod adresem tych wszystkich miotających
się pseudofantastów, których literackie eskapady przyprawiają mnie o ból głowy,
zwiększoną agresywność i zwykłą niechęć do sięgania po prozę fantastyczną.
Ufam, że nie jestem odosobniony w swoich odczuciach i znajdą się tacy, którym termin
ten przypadnie do gustu.