Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 3 [czerwiec-lipiec 1999]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona

Artur Długosz

Z innej beczki

Fantastyka ironiczna

Wyjaśnienie
W poniższym tekście Czytelnik nie znajdzie żadnych nazwisk i tytułów utworów, tam gdzie być one powinny; nie operuję nimi świadomie, opierając się na przeświadczeniu, że i tak wiadomo o kogo i o co chodzi. Rozmyślnie też używam wymiennie różnych słów, mimo ich odmiennych znaczeń, zrzucając to na karby elastyczności i niedookreśloności współczesnego języka.

Ukuwanie terminów jest modą. Jest nawet pewnego rodzaju nobilitacją; autorytety nauki, w szerokim jej słowa znaczeniu, specjaliści od różnorakich dziedzin, a nawet politycy szafują nimi na prawo i na lewo. Słowa wytrychy pojawiają się prasie, radiu i telewizji (bywają nawet hasłami do odgadnięcia w organizowanych na amerykańska modłę teleturniejach) zmuszając co bardziej dociekliwe umysły do sięgnięcia do genezy pojęcia. Tutaj kłaniają się wszelakiej maści encyklopedie, słowniki i kompendia wiedzy - ich autorzy mają pełne ręce roboty starając się w kolejnych wydaniach aktualizować zmieniające się pojęcia, usuwać te, które w międzyczasie odeszły w zapomnienie, wreszcie wyłapywać nowe terminy i wyrazy, często zrozumiałe tylko dla samych ich autorów.

W tej sytuacji pozwoliłem i ja sobie ukuć pewne pojęcie, nie żebym tam od razu aspirował do jakiejś wyjątkowej znajomości tematu, rzecz raczej potraktowałem eksperymentalnie. Fantastyka ironiczna, bo to pojęcia mam właśnie na myśli, jest według mnie określeniem bardzo trafnym w odniesieniu do tendencji, jakie w ostatnich latach pojawiły się w polskiej literaturze fantastycznej. W niniejszym tekście zdefiniuję, co pod tym pojęciem rozumiem, trzymając się z dala jednak od jakichkolwiek przykładów, oraz usilnie będę się starał przekonać czytającego o słuszności i uniwersalności tego neologizmu. Brak przykładów służy w zasadzie jednemu celowi; rozumuję mianowicie, że jeśli Czytelnik przyjmie stosowanie terminu fantastyka ironiczna, co sprowadza się do faktu, że znajdzie On we współczesnej literaturze sf utwory spełniające kryteria fantastyki ironicznej, to dzięki teoretycznemu tylko podejściu do tematu zapewniona zostanie subiektywna definicja tego pojęcia. Mogłoby się zdawać, że tego rodzaju logika traci jakikolwiek sens. Nic podobnego! Proszę mi uwierzyć, ale większość pojęć egzystuje w naszym codziennym języku bez ścisłej definicji i ma się dobrze; taka już jest natura tego środka komunikacji. Proszę choćby spróbować zdefiniować ten nieszczęsny postmodernizm. A ileż tego słyszy się i czyta? Literatura, literaturoznawstwo i w ogólności wszelkie nienaukowe przejawy ludzkiej działalności są odporne na dookreślność, że się tak wyrażę, jednak ta ich elastyczność jest niekiedy powodem wielu nieporozumień. Nauki ścisłe, fizyka, chemia, matematyka, to co innego; tam, aż nie sposób się jest porozumieć bez precyzyjnych definicji. Ale literaturoznawstwo sprowadza się do czystych spekulacji. Więc pospekuluję sobie nieco i ja. Zapraszam także i Ciebie Czytelniku do tej zabawy.

Bezpośrednim impulsem do napisania tego tekstu było skojarzenie powstałe podczas lektury książki Johna Horgana, jednego z redaktorów "Scientific American", zatytułowanej "Koniec nauki, czyli o granicach wiedzy u schyłku ery naukowej". Horgan wprowadził i szeroko popularyzuje pojęcie nauki ironicznej - odnajdując we współczesnej nauce analogie do sytuacji współczesnych poetów starających się bezskutecznie doścignąć swych mistrzów - które najkrócej można chyba zdefiniować parafrazując znane powiedzenie: jest to nauka dla samej nauki. Cytując samego autora nauka ironiczna przypomina krytykę literacką, ponieważ prezentuje punkty widzenia, poglądy w najlepszym razie interesujące i prowokujące do dalszych komentarzy. Nie zmierza jednak do prawdy. Nie można w ten sposób osiągnąć empirycznie sprawdzalnych niespodzianek, zmuszających uczonych do dokonania istotnej rewizji podstawowego opisu rzeczywistości. Tyle Horgan. Zainteresowanych tematem zapraszam do lektury książki; pozycja jest naprawdę interesująca, choć ukazująca uczonych w nieco karykaturalnym szkicu, można jednak ten fakt zrzucić na karby braku doświadczenia autora w samym uprawianiu nauki - co jest na dobrą sprawę dobrym tematem na odrębny artykuł.

Wróćmy jednak do fantastyki ironicznej.

Truizmem jest stwierdzenie, że żyjemy w czasach, kiedy fantastyka poszukuje nowych form wyrazu, mam tu jednak na myśli tego rodzaju eksploracje czynione jedynie na polu jej literackiej działalności. Czasy, kiedy fantastyka sprowadzała się w zasadzie do podziału na taką, w której było więcej magii i miecza oraz takiej, w której atrybuty te zastępowała nauka i broń laserowa, należą już do przeszłości. Współczesna literatura fantastyczna to konglomerat gatunków, literackich gadżetów, swoistego rodzaju wyścigi autorów w sposobie podejmowaniu tematów, dlatego dobrze jest tu mówić o konwencji, jak twierdzi Jacek Inglot i z czym zgadza się profesor Smuszkiewicz. Konwencja ta w czasach poprzedniego systemu politycznego wykształciła social fiction - której czołowym twórcą na zawsze pozostanie już chyba Janusz A. Zajdel - będącą zgrabnym połączeniem wartości literackich i humanistycznych, doskonałą, jak się z czasem okazało, formą przekazu i uzgadniania powszechnie egzystujących wartości i dążeń. Tamte czasy obfitowały w paliwo, które twórcy literatury fantastycznej umiejętnie przetwarzali na mniejsze i większe arcydzieła. Ale czasy się skończyły. Paliwo wyczerpało się, skończyły się pomysły. Nasuwa się tu analogia, może niezbyt stosowna, niemniej jednak adekwatna, z sytuacją w polskiej muzyce punkowej. Wraz z upadkiem systemu komunistycznego punk praktycznie przestał istnieć, bo punk opiera się na buncie, na negacji narzucanego stylu życia, wartości i zasad. Nastąpiła odczuwalna posucha w rozwoju tego rodzaju muzyki i ideologii, aż do czasu, kiedy punk znalazł kolejny obiekt niezadowolenia - konsumpcyjny, amerykański styl życia.

Gorzej ma się natomiast polska fantastyka, bowiem od czasu zaniknięcia utworów zaliczanych do social fiction na palcach można policzyć autorów, którzy zaproponowali coś nowatorskiego, coś wartościowego i jednocześnie interesującego. (Nie neguję tym stwierdzeniem pisarzy poruszających się sprawnie w ramach konwencji, ofiarowujących każdym swym tekstem duchową i literacką strawę, tworzących w zgodzie w samym sobą, bo tak tylko chyba można wytłumaczyć wiecznie aktualną magię ich utworów.) Trudno w każdym bądź razie mówić o stworzeniu jakiejś szczególnej odmiany fantastyki, owej fiction poprzedzonej magicznym słowem, będącej dobrą klasyfikacją trendów literackich na polu polskiej fantastyki.

Jednak trudno, nie oznacza, że nie jest to możliwe. Wydaje się nawet, że przyjmując pewien szczególny punkt patrzenia na fantastykę, który nazwałbym ironicznym, da się stosunkowo łatwo wyróżnić grupę utworów spełniających dostatecznie wiele wspólnych kryteriów, aby mówić o nich jako o odmianie tej konwencji. To jest właśnie fantastyka ironiczna.

Ale po kolei.

Aby przybliżyć pojęcie fantastyki ironicznej posłużę się nieco przekształconą analogią zaczerpniętą bezpośrednio z książki Horgana, którą z kolei on wyprowadził w oparciu o esej Harolda Blooma "The Anxiety of Influence", co niezwykle trafnie zostało we wspomnianej książce przetłumaczone jako "Obawa zapożyczeń".

Współcześni autorzy fantastyki to postacie tragiczne, bo spóźnione, dźwigające niemalże genetyczne brzemię swych wielkich poprzedników, epigoni nazwisk i tytułów, które tkwią u fundamentów fantastyki, jako zjawiska faktycznie zaistniałego. Ciężaru tego bagażu nie sposób ocenić, oszacować na dystans. To, coś więcej niż szamotanie się w obrębie konwencji, tworzenie zgodnie z jej giętkimi zasadami, umiejętne budowanie światów i nastrojów, wywoływanie emocji i przemyśleń przez korzystanie z elementów warsztatu literackiego, które w oderwaniu od utworu są dobrze określone i zupełnie płaskie. To wiecznie towarzysząca autorowi obawa zapożyczeń, wtórności, z której istnienia i negatywnych konotacji nie zawsze zdaje sobie do końca sprawę. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie w postaci zasady, że im większe brzemię autora, tym słabsza jego proza. Uniknąć tego zgubnego wpływu na jakość literatury mogą osoby wychowane z dala od kultu nazwisk i tytułów, wyjątkowe silne osobowości lub też w skrajnym przypadku osobnicy zapatrzeni ślepo w twórczość swych poprzedników; osobnicy, którym to zaślepienie i oczarowanie wręcz pozwala tworzyć opowiadania i powieści w niczym nie ustępujące tym, na których się wzorowali. Bywa, że spod piór takich właśnie jednostek wychodzą utwory, dla których natychmiast znajduje się miejsce w kanonie literatury fantastycznej. I to jest dla nich największa nagroda. Cała reszta pisarzy fantastycznych to zwykli wyrobnicy, autorzy tekstów, które zapomina się szybciej, niż czas, jaki był potrzebny na ich przeczytanie.

Ale są w tej rzeszy osób uprawiających fantastykę jednostki szczególne, urodzeni literaccy buntownicy, niespokojne duchy poszukujące wciąż nowych form i treści. W swych niestrudzonych eskapadach, mających prawdopodobnie przełamać i tak dosyć płynne granice fantastyki, zapuszczają się oni na obszary tak absurdalne, że ich utwory trudno traktować poważnie. Można za to podchodzić do nich ironicznie, co znacznie ułatwia ich konsumpcję i zrozumienie, a nawet dostarcza niekiedy sporej porcji powodów do śmiechu. Autorzy ci zwykle mylnie interpretują pojęcie fantastyki, proponując w zamian jej własną wizję, oraz uprawiają literaturę w sposób spekulatywny. Utarło się, że pierwsza cecha to przejaw postmodernizmu w polskiej fantastyce, zaś druga to kontrowersja, tak bardzo silnie obecnie promowana.

Czasy i redaktorzy sprzyjają rozwojowi tego typu literatury; czasy z wiadomych przyczyn (takie już są), zaś redaktorzy chyba głównie z jej rewolucyjnych aspektów. I o ile do czasów, w jakich żyjemy, pretensji mieć nie możemy, o tyle redakcje pism fantastycznych nie podlegają temu immunitetowi. To na ich barkach spoczywa bowiem w największym stopniu odpowiedzialność za obraz polskiej fantastyki, to oni są podstawowym czynnikiem opiniotwórczym, to oni winni są za jej obecny stan i obraz, jaki funkcjonuje w społeczeństwie. A nie jest to obraz najlepszy.

Wracając do samego zjawiska będącego tematem tego artykułu, pokuszę się nawet o podanie warunków dostatecznych, jakie musi spełniać tekst (niekoniecznie wszystkie), aby jednoznacznie określić go jako fantastykę ironiczną. Ich kolejność wymieniania nie ma żadnego znaczenia.

Ignorancja autora

To w zasadzie reguła, że temat poruszany przez autora w utworach fantastyki ironicznej jest mu, posługując się konwencją ironii, daleko obcy. Jego niewiedza sięga niekiedy astronomicznych wielkości, prowadząc do zabawnych konotacji, z których sprytnie wymiguje się on powołując na atrybut fantastyczności tekstu lub inną cechę fantastyki ironicznej - postmodernizm. Wydaje mi się, że obowiązkiem każdego pisarza jest znajomość tematyki będącej kanwą utworu. Zresztą stosowny punkt możemy znaleźć w radach C.S. Lewisa dla tych, którzy chcą pisać książki.

Kontrowersja

Tego mamy wystarczająco wiele na co dzień; kontrowersyjnych wiadomości dostarczają nam media, w których owa kontrowersyjność od zawsze była wyznacznikiem wartości, w zasadniczy sposób wpływając na poczytność, słuchalność czy oglądalność. Z punktu widzenia warsztatu literackiego nie ma ona jednak żadnego znaczenia na literacką wartość utworu. Jej promowanie w prozie jest wysoce szkodliwe, zwłaszcza, kiedy stosuje się ją jako jedyne kryterium literackie. Bywa, że poza kontrowersyjnością utwór nie prezentuje niczego innego, a to już nie jest literatura.

Prowokacja

To w zasadzie bardziej postawa autorów i redaktorów, niż cecha utworu. Publikowanie i promowanie fantastyki ironicznej prowadzi do wzrostu jej popularności. To oczywiste. Równie oczywisty jest fakt, że takie postępowanie motywuje młodych, a również doświadczonych pisarzy, do własnych prób na tym polu. W konsekwencji doprowadzić to może do sytuacji, kiedy poza fantastyka ironiczną nic innego nie będzie się pisało. I czytało.

Metafizyka

Metafizyka jest modna. Modne jest to, czego struktura jest trudna do uchwycenia - gwarantuje to bowiem, tak powszechnie lubianą, dowolność interpretacji (spekulacje). Nie neguję samej metafizyki; jej właściwe ujęcie potrafi przysłużyć się tekstowi, ale tego na próżno szukać w fantastyce ironicznej.

Brak nauki

W fantastyce ironicznej trudno znaleźć utwory, które można by choć w znikomym stopniu zaliczyć do science-fiction. Prędzej już można tu mówić o nonscience-fiction, a jeśli już jakakolwiek nauka w tych tekstach występuje, to zwykle w wynaturzonej swej postaci, nie mającej nic wspólnego z rzeczywistą. Może być to efektem ignorancji autorów lub przejawem ich swoistego eskapizmu. Nie mogę się w tym miejscu powstrzymać od zaproponowaniu Państwu powieści "Mandala", publikowanej w The Valetz Magazine, w której to nauka wciąż pozostaje fundamentem.

Postmodernizm

Słowo wytrych padające co krok podczas rozmów na temat współczesnej polskiej prozy fantastycznej. Zasada jest prosta. Jeśli padło, to mamy do czynienia z fantastyką ironiczną.

Powyższe cechy w fantastyce ironicznej występują w mniejszym i większym natężeniu, wszystkie bądź tylko ich część, zawsze jednak wybijają się na pierwszy plan. Są podstawowymi aspektami, w jakich utwór się analizuje, a podczas jego promocji są stosowane, jako haczyki marketingowe. Ileż to razy było dane nam czytać lub słyszeć o kontrowersyjności utworu, metafizyczności przesłania etc. Nie muszę wyjaśniać, że nikt nie będzie promował tekstu powołując się na ignorancję autora - użyje w tym miejscu długich i zawikłanych zdań, obfitujących w słowa wytrychy, którym zwieńczeniem jest zwykle postmodernizm.

Fantastyka ironiczna, jeśli pokusić się o jakieś podsumowanie, to literatura utrzymująca Czytelnika z dala od rzeczy istotnie ciekawych, nowych, powodująca zastój w jego rozwoju. To proza wprowadzająca w nasze życie więcej zamieszania, zwiększająca entropię naszych poglądów, usilnie nakłaniająca do skupiania się na sprawach mało lub zupełnie nieistotnych. Zajmuje się ona często dzieleniem na części pierwsze tego, co stanowi jednolitą całość, dostarczając czytającemu godzinnych dyskusji o niczym. I podstawowa sprawa - prawie nigdy nie przekracza granic tego, co znamy, bowiem rzadko opiera się na pomyśle, a częściej na skutecznym zwodzeniu Czytelnika imitowaną erudycją, ofiarowującą na zakończenie niewiele poza rozczarowaniem i poczuciem kompletnego fiaska utworu.

PS. Fantastyka ironiczna to zarzut skierowany pod adresem tych wszystkich miotających się pseudofantastów, których literackie eskapady przyprawiają mnie o ból głowy, zwiększoną agresywność i zwykłą niechęć do sięgania po prozę fantastyczną. Ufam, że nie jestem odosobniony w swoich odczuciach i znajdą się tacy, którym termin ten przypadnie do gustu.


Poprzednia strona Spis treści Następna strona