Kto wróg, ten trup,
Dziś łup lub grób.
Tnij kość, walcz wręcz,
Skacz w pierś, duś, męcz.
Kracz, wrzeszcz, strasz, krzycz.
Kwicz, piszcz, świszcz, rycz.
Szarp, klnij, drwij, wlecz.
Rąb, kop, tłucz, siecz.
(Wojciech Moszko - "Pieśń bojowa orków")
Z twórczością Konrada T. Lewandowskiego przyszło mi zaznajamiać się późno i
cokolwiek nie po kolei. Zaczęłam od drukowanego w NF "Pacykarza", opowiadanka
lekkiego i sympatycznego, dobrze napisanego i opartego na smacznym pomyśle (o ile rękę,
nogę, mózg na ścianie - i to dosłownie - można uznać za smaczne). Potem w NF
pojawiła się "Noteka 2015", której udało się wywołać mój radosny,
szczery a głośny entuzjazm. Mniej więcej w tym samym czasie dowiedziałam się o
istnieniu fantasy autorstwa Przewodasa, traktującej o niejakim Ksinie. Książkę
pożyczyłam, wskutek zgubnego przyzwyczajenia spodziewając się tej samej lekkości
pisania i humoru, co w opowiadaniach o dziennikarzu "Obleśnych Nowinek".
Przeczytałam. Zdębiałam. Oddałam z wyrazami najwyższego rozczarowania i niesmaku.
Wciągnęłam na listę najgorszych książek fantastycznych, jakie zdarzyło mi się
spotkać.
Kolejne spotkanie z kotołakiem zwanym Ksinem odbyło się po ładnych paru latach. Tym
razem dostała się w moje ręce już nie nieduża i niechlujnie wydana książczyna, ale
dość grube, czteroczęściowe tomiszcze w błyszczącej okładce (i straszliwej,
czarno-pomarańczowej kolorystyce). Do lektury podeszłam już bez złudzeń, mimo
rozsiewanej przez pewne czynniki wrogiej propagandy, twierdzącej, jakoby w cyklu Ksinów
dokonane zostały rozmaite zmiany i to jeszcze na lepsze. Słowo daję, nie mam pojęcia,
jakież to były poprawki, skoro w postaci obecnej książka nie dość, że jest kiepska,
to w dodatku jeży się od błędów niby ten Pratchettowski jeż, którego się nie da.
(Przeczytać.)
Nieszczęsny kotołak nie dość, że na bitych pięciuset trzech stronach zmaga się z
rozmaitym a wrednym przeciwnikiem, to jeszcze oberwał po ogonie od własnego wydawnictwa.
Książka, gotowa jestem się założyć, nie widziała korekty, a jeżeli, to korektor
musiał być ślepawy i cierpieć na zaawansowaną dysortografię. Interpunkcja we
wszystkich czterech częściach wyje o pomstę do nieba. To znaczy wyłaby, gdyby
istniała. KTL ma - a przynajmniej miał, pisząc Ksiny - dziwne pojęcie o jej zasadach.
Obiła mi się o uszy anegdota o pewnym polskim pisarzu fantasy, który ponoć stawia
przecinki wszędzie, pozostawiając redaktorowi wybór, które wyrzucić, a które
pozostawić; KTL przyjął widać zasadę odwrotną, bo niewinne przecinki znalazły się
w ciężkiej niełasce. W przeciwieństwie do wielokropków zresztą, które, ciesząc
się dla odmiany wielką miłością autora, usadzane są i po dziesięć na stronie.
Sztuka zaś prawidłowego używania znaków przestankowych w dialogach najwyraźniej była
te kilka(-naście?) lat temu Przewodasowi obca.
Ortografia "Tropu kotołaka" poraża. Bohater pieści 'spojżeniem',
piwo zostaje 'naważone', a nałożnice spędzają czas na 'szytach' wieży.
Wszelkie rekordy urody bije jednak zdanie ze strony 60: "Gdyby nie to, chyba
jednak uwierzyłbym w rodminowe bajdy, łe jesteś człowiekieme." Trzy błędy
na zdanie - piękny standard. Zarówno autor, jak i Wydawnictwo S.R. powinni co rychlej
założyć sobie papierowe torby na głowy.
Na stronie tytułowej książki widnieje zagadkowy napis: "Redakcja serii - Witold
Chwiłkowski". Niech mnie strzyga zeżre, jeśli rozumiem jego znaczenie. Wszakże
"Trop kotołaka" jest dziewiczy, redakcją żadną w sposób oczywisty nie
tknięty. Jeśli bohaterka, zwana w pierwszej części Hantińją (proponuję nazwać
tendencję do wymyślania tak idiotycznych imion i nazw syndromem Ilfvifberihta), w
następnych jest już znana jako Hantinia, a w finale co poniektórzy chcą "wracać
do Hantii" (może to literówka, bo zdrobniale bohaterka zwie się Hanti, a może
kolejna a tajemnicza zmiana imienia), to pan Chwiłkowski powinien w tempie przyspieszonym
przekwalifikować się na zamiatacza ulic. Żeby mu się tylko ulice nie pomyliły - skoro
nie widzi różnicy pomiędzy imionami, to a nuż i między nazwami nie zobaczy?
Sposób, w jaki Wydawnictwo S.R. potraktowało cykl o Ksinie, najlepiej podsumowują
okładka i strona tytułowa. Na obu widnieje przepiękna literówka w nazwie jednej z
czterech części, przez co obie twierdzą radośnie, że będziemy mieli okazję
przeczytać "Kapitana Ksina Fargo". Ciekawe, zważywszy, że kapitan Ksin zwie
się, jako żywo, Fergo i tak samo zatytułowana jest trzecia część cyklu. A jeśli
chodzi o okładkę, to polecam jeszcze uwadze tragiczne zniekształcenie umieszczonego na
niej modelu człowieka, wpisanego nie w kwadrat i okrąg, a w prostokąt i jajko, tfu,
owal. Widocznie Ksin chował się, wzorem jamnika, pod szafą i tułów mu się cokolwiek
wydłużył, gubiąc proporcje.
Przejdźmy do meritumu, jak mawiają niektórzy.
Treść całego cyklu możnaby podsumować dwoma słowami: flaki i sperma. Ewentualnie
sperma i flaki. Ksin, kotołak, to istota nieskomplikowana, niewiele jej do życia
potrzeba: kiedy nie rżnie wrogów, to rżnie ukochaną. Wybaczcie mocne słowo, ale
inaczej nie da się nazwać miłości (?) fizycznej w wykonaniu Ksina, jako że Stara
Kobieta, ucząc go świata, zapomniała najwyraźniej wspomnieć o czymś takim, jak gra
wstępna. Kopulacja co kilka stron (str. 28, 34, 37...), wedle tego samego szablonu, nie
jest już nawet nudna, ale nieodparcie śmieszna. Zaiste, rację miał kiedyś Andrzej
Sapkowski, podśmiewając się w sławnym "Pirogu" z owych kotołaczych aktów
płciowych.
Dość jednak o chędożeniu, przejdźmy do flaków. Tryska krew i cieknie szpik, a
mnie się nie chce liczyć, czego objętościowo więcej w cyklu, spółkowania czy
tortur. W idiotycznych opisach tych ostatnich autor się najwyraźniej rozsmakowuje. W
przeciwieństwie do czytelnika, który zaczyna mieć dość już przy stronie 58, gdzie to
nerwy na stole, jelita na szpuli, ręce w kubełku, rdzeń poza kręgosłupem, a
dotychczasowy ich właściciel nadal żyje i całkiem przytomny jest w dodatku. Wśród
bogactwa opisów najbardziej przypadła mi do gustu wywleczona gałka oczna i uroczy
supełek na nerwie wzrokowym. A już po dziesięciu stronach - kolejne tortury. Smacznego.
Flaki, mózgi i wszelkie ustrojstwo, jakie człowiek (albo inna gadzina typu wampir czy
strzyga) ma w środku, poniewierają się w ogóle na każdym kroku, nie tylko przy
torturach - albowiem kiedy Ksin nie przebywa w sypialni, to musowo kogoś rozszarpuje. Na
tym opiera się właściwie fabuła każdej z trzech części, w których Ksin gra rolę
główną: albo on usiłuje rozszarpać kogoś, albo jego próbują wrobić, przebić,
zabić, spalić, zagryźć i wygryźć ze stanowiska. Najczęściej wszystko naraz.
Oczywiście, istnieją intrygi takie i owakie, ale płyciutkie są i niewymyślne. Tylko
część czwarta, "Różanooka", traktująca o przybranej córce Ksina,
wyłamuje się ze schematu: więcej tu intrygi i polityki, a mniej wcześniejszych
tatusiowych rozrywek. Pannie, widać, nie wypada.
O bohaterach cyklu nie można powiedzieć właściwie niczego, bo i nie bardzo jest o
czym mówić. KTL pobił, moim zdaniem, rekordy w papierowości tworzonych postaci
(aczkolwiek nie przebił poprzednio recenzowanego "Sekretu Olsteriona", w
porównaniu do którego Ksiny to kawał literatury). Wszystkie są płytkie, bezbarwne i
boleśnie nudne, nawet król Redren, którego autor usiłuje kreować na władcę z
potężnym temperamentem - który to temperament objawia się zazwyczaj tak, że władca
ryczy, straszy katem bądź zaspokaja kolejne nałożnice. Charakterystyki bohaterów,
które możnaby zbudować opierając się na lekturze, nie przekroczyłyby kilku zdań
prostych. Bardzo, bardzo prostych. O takiej na przykład Hanti, kochance i żonie
głównego bohatera, można powiedzieć tylko, że jest jego żoną i kochanką (nie,
matką nie jest). Nic więcej. No, można jeszcze napomknąć coś o jej poprzedniej
profesji...
"Trop kotołaka" nie jest książką zupełnie i do końca złą, mimo że
zapowiadane zmiany (według notki na okładce - inne zakończenia dwóch starszych
części i przeróbki wielu scen) ani trochę mu nie pomogły. Niektóre pomysły autora
to prawdziwe perełki, szkoda tylko, że kompletnie zmarnowane, utopione w krwawym sosie,
a dobite fatalnym stylem (ach, te próby stylizacji...), interpunkcją i ortografią.
Jeśli ktoś potrafi wyłowić owe perełki z błota i właściwie je docenić, niech
wyławia i docenia. Jeśli ktoś jest w stanie zignorować fatalny język książki, może
nie będzie cierpiał, jako ja cierpiałam. Miłośnik zaś nieskomplikowanej literatury
typu "bij, zabij, a w przerwach chędóż" będzie wprost zachwycony. Jednak
ktoś na tyle wybredny, żeby życzyć sobie dobrej fantasy, z wyrazistymi i
niejednoznacznymi postaciami, z ciekawą i skomplikowaną intrygą, z barwnym światem,
niech szuka zupełnie gdzie indziej. Po cyklu "Ksinów" zostanie mu,
gwarantuję, śmiertelne znudzenie, niesmak i niechęć do produktów polskiej fantasy.
Jeszcze jedno. Wydawnictwo S.R. zaliczyło "Trop kotołaka" do serii
"Odmienne stany fantastyki". Jeśli odmienne stany mają tak wyglądać, to ja
dziękuję, postoję i poproszę stany normalne, jeśli można. Możliwie bez metafizyki.
...I tylko Ksina przeczytać się nie da. Mimo najlepszych chęci.