Jak się tak dobrze zastanowić,
to rynek książki jest u nas dość nasycony. Nie można właściwie narzekać ani na
ilość, ani na jakość propozycji. Ze swojej strony zwróciłbym jednak uwagę na dość
skąpą ofertę space oper. Skończył się Niven, Brin chwilowo zamilkł (jest, zdaje
się, w tłumaczeniu) i, co tu kryć, nasz rodzimy autor - Tomek Kołodziejczak - mimo
nagabywań fanów nie może na razie wygospodarować czasu na kolejne książki tego
gatunku. W tej sytuacji rozwijający na naszym rynku skrzydła cykl Iaina M. Banksa o
Kulturze ma szansę stać się sztandarowym dziełem tego gatunku. Iain M. Banks jest
postacią znaną już od jakiegoś czasu. U nas ukazała się już jego głównonurtowa
powieść Fabryka Os, podpisana nazwiskiem bez litery M, oraz pierwsza powieść w
cyklu Kultury - Wspomnij Phlebasa. W obu dał się poznać jako pisarz zręczny,
potrafiący ciekawie kreować szczegóły, korzystając przy tym z bardzo bogatego zasobu
słów.
We Wspomnij Phlebasa po raz pierwszy pojawia się Kultura,
pangalaktyczna wspólnota całej ludzkości, z naszego punktu widzenia powstała w bardzo
odległej przyszłości. Wspólnota ta nosi wyraźne cechy komunizmu idealnego, który dla
polskiego czytelnika powinien być całkiem nieźle znany - choćby z powieści
"Dalekie szlaki" Sniegowa czy "Zagubionej przyszłości" Borunia i
Trepki . Jej obywatelami są jednak nie tylko istoty organiczne, ale także świadome
maszyny - jako że najwyższą wartością w Kulturze wydaje się być samoświadomość.
Po zakończeniu opisanego we Wspomnij Phlebasa konfliktu z Idirianami Kultura
stanowi niekwestionowaną potęgę w galaktyce, potęgę, z którą nic nie jest w stanie
się równać.
Kultura nie jest jednak w galaktyce samotna. Obok niej istnieje wiele
niezależnych związków politycznych, obejmujących planetę, dwie, system lub
dziesiątki systemów. Związki te znajdują się na niższym (i to przeważnie dużo
niższym) poziomie rozwoju technologicznego i społecznego, a Kultura postępuje wobec
nich według schematu zbliżonego do wizji Strugackich w "Trudno być bogiem".
Stworzona została nawet specjalna organizacja, zajmująca się interakcją ze światami
spoza Kultury - tak zwana Służba Kontaktu.
Główną, tytułową postacią powieści, tak jak w przypadku Wspomnij
Phlebasa, nie jest jednak agent Służby Kontaktu. Twardziel znany jako Cheradenine
Zakalwe pochodzi z jakiejś mało istotnej planety, należącej do jednego z
prowincjonalnych organizmów politycznych galaktyki - a jego współpraca z Kulturą ma
charakter raczej dorywczy. Banks szkicuje tę postać ostro i z wprawą, mimo wszystko
tworząc postać podobną do kreacji ze swoich poprzednich książek. Zakalwe daje się
lubić - taki w końcu los książkowych twardzieli. Pełne nostalgii obserwacje, których
dokonuje w otaczającym go świecie, kładą na jego los ulotny cień, który na ostatniej
stronie zostaje nazwany po imieniu.
Ze strony Kultury główną bohaterką jest Diziet Sma, agentka
Służby Kontaktu, długowłosa, piękna egotyczka, z jakichś powodów, dla mnie,
przyznam, niejasnych, skojarzona z tytułowym bohaterem. Sma jest - jak określiłby to Le
Carre - oficerem prowadzącym. Ona otrzymuje polecenia z góry, które potem przekazuje
dalej. Do niej dociera polecenie odnalezienia Zakalwego i wciągnięcia do współpracy.
Do niej należy też realizacja zobowiązań po zakończeniu akcji. Sma jest też
właściwie jedynym - jeśli nie liczyć jej towarzysza, drony Skaffen-Amtiskaw -
obywatelem Kultury, który zostaje bliżej przedstawiony czytelnikowi. Mam nadzieje, że
nie znaczy to, że jest ona próbką reprezentatywną, bowiem cechuje ją dość wyraźna
ksenofobia.
Te dwie postacie, w gronie wielu innych, zaplątane są w główną
intrygę Najemnika. Intryga ta, przyznaję, jest bardzo błaha i nie należy
oczekiwać zaskoczenia przebiegiem linii fabularnej. Sma, jako werbownik Kultury, dzięki
technologicznej perfekcji swojej cywilizacji może wypełnić każde żądanie Zakalwego,
żeby tylko skłonić go do współpracy. Jego żądanie nie jest wygórowane i zostaje
natychmiast zaakceptowane. Zakalwe przystępuje do pracy i wykonuje ją z sukcesem.
Właściwa treść Najemnika kryje się zresztą całkowicie
poza główną linią fabularną. Jest ona przekazywana czytelnikowi w plastycznych
retrospekcjach, stanowiących trzeci główny wątek rozwijający się w książce. Autor
na bazie gorzkich i brutalnych wspomnień, które przewijają się w tych obrazach, buduje
bardzo pełny i dość fascynujący wizerunek postaci. Stara się manipulować uczuciami
czytelnika, podając fakty, które stawiają pod znakiem zapytania urok bohatera, chwilami
wybiegając tą grą nieco za daleko, tak że kolejne slajdy z przeszłości zachowują
bardzo niewyraźną łączność z resztą historii. Widać to zwłaszcza w końcówce,
gdy puenta spada na czytelnika zupełnie nagle, bez ostrzeżenia, a on zaczyna się
zastanawiać, jak to możliwe, że nie zauważył jej nadejścia.
Ciekawe, że mimo wszystkich łatwych do wyliczenia plusów pisarstwa
Banksa, mam do niego stosunek dość ambiwalentny. Tak myślę o Wspomnij Phlebasa
i takie też jest moje zdanie o Najemniku. Powieść z pewnością jest bardzo
atrakcyjna, niezbyt przeładowana akcją, ze scenerią skonstruowaną imponująco i
precyzyjnie. Napisana została bogatym i ciekawym językiem. A mimo to po lekturze odczuwa
się pewien niedosyt, jakby Banks postawił sobie za wysoką poprzeczkę i nie zdołał
jej pokonać. Strasznie spodobało mi się prezentowanie retrospekcji w odwrotnym kierunku
niż robi się to zwykle. U Banksa najpierw poznajemy wspomnienia najświeższe, potem
wcześniejsze, jeszcze wcześniejsze itd. Ta luźna konstrukcja, pozwalająca na dość
swobodne żonglowanie obrazami z przeszłości i współczesności bohatera, wprowadza
pewien chaos. Być może przez niego właśnie efekt retrospekcji jest w końcówce
słabszy, niż to było zamierzone. Mówiąc otwarcie, uznałem poczynania Zakalwego za
zupełnie nieuzasadnione psychologicznie, biorąc pod uwagę przeszłość. Puenta,
aczkolwiek dosadna i efektowna, dla mnie jest całkiem niedorzeczna. Ale to oczywiście
tylko moje prywatne zdanie, oparte na dwukrotnej lekturze książki.
Mało wiarygodne wydają mi się także obostrzenia wykorzystania dron
do zadań, jakie zwykle powierzane były Zakalwemu. Skaffen-Amtiskaw, która stale
towarzyszy Diziet Smie, wydaje się odpowiednia do bardzo szerokiego wachlarza działań -
od ochrony osobistej począwszy na urazowej chirurgii mózgu skończywszy. Różnice
technologiczne między Kulturą i pomniejszymi wspólnotami, zwłaszcza posiadanie
zaawansowanej technologii pól, czyni drony klasy Amtiskawa właściwie niewykrywalnymi -
a więc odpowiednimi do wykonywania wszelkich zadań i dysponujących w razie czego
odpowiednim overkillem. Polityka Kultury ogranicza jednak takie działania - z powodów w
sumie dość zagadkowych.
Możliwe zresztą, że jest to po prostu jeden z elementów specjalnie
tak w książce przedstawionych, bo Kultura Banksa pozostaje jednak dziedzicem wielu
elementów ze starych space oper z lat 60-tych. Dokonał się oczywiście skok
technologiczny w ich prezentacji oraz dodano sporo nowych pomysłów, ale wystarczy
zagłębić się w ten świat, by stwierdzić, że blisko mu do dawnej fali optymistycznej
sf, wg której ludzkość miała opanować kosmos i nieść przez niego kaganek oświaty i
pomocy. Cóż, zobaczymy, co na to Dominium Solarne.
Na zakończenie chciałbym jeszcze skreślić kilka słów o
tłumaczeniu w wykonaniu Grażyny Grygiel i Piotra Staniewskiego. Nie jestem wielkim fanem
cyklu Kultury, w związku z czym rozmaite szczegóły mogły mi umknąć, jednak
chciałbym stwierdzić, że powieść przełożona została bardzo ładnym, malarskim
językiem. Czyni to lekturę tej powieści jeszcze przyjemniejszą i - warsztatowo
przynajmniej - kształcącą. Śmiało twierdzę, że można zabrać się za Najemnika
choćby dla klasy tłumaczenia.
Iain M. Banks, Najemnik (Use of weapons), Prószyński i
S-ka, seria Nowa Fantastyka