Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 3 [czerwiec-lipiec 1999]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona

Joanna Słupek

George R. R. Martin "Gra o tron"
Powrót do źródeł

Jeśli kochasz "Władcę Pierścieni", to "Gra o tron" jest napisana dla Ciebie. Nie znajdziesz tu magicznych artefaktów zalegających w stosach po kątach chałup ubogich wieśniaków, nie spotkasz wszechmocnych magów rozprawiających się z przeciwnikiem prztyczkiem w nos.

Jeśli kochasz "Tiganę" to "Gra o tron" jest napisana dla Ciebie. Zostaniesz wciągnięty w dworskie intrygi, poznasz bohaterów przeżywających chwile zwątpienia i słabości.

Kolejne rozdziały powieści są zapisem wydarzeń z punktu widzenia jednej z ośmiu osób żyjących w Siedmiu Królestwach i poza nimi. Ta metoda się sprawdza - na pewno znajdziesz wśród nich swoją ulubioną postać, znajdziesz również tę, której nie znosisz albo denerwuje Cię ponad wszelką wytrzymałość. Warto zaznaczyć, że zajęcie przez bohatera pierwszoplanowej roli narratora nie oznacza, że będzie on (bohater, rzecz jasna :)) żył długo i szczęśliwie. Bohaterowie, których punktu widzenia nie znamy są jednak przedstawieni tak, że żadną miarą nie można ich określić jako drugoplanowych. Każdy z nich wydaje się gotów do dołączenia do grona zapoznającego Cię ze światem stworzonym przez autora.

Martinowi udało się zawrzeć w swojej książce to, co najlepsze w fantasy. Wejdziesz w średniowieczny, feudalny świat, zagłębisz się w pasjonującą fabułę, poznasz bohaterów, do których możesz się przywiązać. W "Grze o tron" nie ma tytanicznych zmagań sił Dobra i Zła. Możesz jedynie powiedzieć sobie "uważam, że oni mają rację", co wcale nie znaczy, że polubisz wszystkich mających rację ani, że nie polubisz nikogo z ich przeciwników - i mówię to z własnego doświadczenia. Na dodatek zdanie, które zdążyłeś sobie wyrobić o bohaterze w pierwszej połowie książki czasem będziesz musiał gwałtownie zmienić po lekturze drugiej połowy.

Zarysowany konflikt również nie jest klasyczny - wśród ludzi widać co najmniej trzy jego strony, a na Murze Czarna Straż przeczuwa nadejście nowego (lub bardzo starego) zagrożenia z północy.

Wszystko to połączone w jednej książce przez Martina daje całość, której nie waham się nazwać magiczną. Na okładce powinno być umieszczone ostrzeżenie przed pochopnym rozpoczynaniem lektury, jeśli nie ma się czasu na jej dokończenie - czas znajdzie się i tak, ale inne obowiązki na tym ucierpią.

Największą wadą książki jest ... jej zakończenie stworzone wedle najlepszych reguł Hollywood. Po jego przeczytaniu chce się natychmiast przejść do lektury drugiego tomu. Niestety, ukazał się on na zachodzie dopiero w lutym tego roku i na polski przekład przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać...

Nieco mniejszą wadą jest przekład sprawiający chwilami wrażenie sztucznie zlepionych fragmentów pochodzących spod piór różnych osób - wśród nazw własnych spotkamy obok siebie "Casterly Rock" i "Królewską Przystań" czy dziwaczną hybrydę "Vale Arrynów". Niestety natknęłam się również na takie kwiatki jak "ubrać płaszcz" i "zdobiona emeraldami tiara". Znowu korekta i redakcja zaspały. Oby w kolejnych tomach było lepiej.

George R.R. Martin "Gra o Tron"; Zysk i S-ka, Poznań 1999.


Poprzednia strona Spis treści Następna strona