Joanna SłupekGeorge R. R. Martin "Gra o tron"
Powrót do źródeł
Jeśli kochasz "Władcę Pierścieni", to
"Gra o tron" jest napisana dla Ciebie. Nie znajdziesz tu magicznych artefaktów
zalegających w stosach po kątach chałup ubogich wieśniaków, nie spotkasz
wszechmocnych magów rozprawiających się z przeciwnikiem prztyczkiem w nos.
Jeśli kochasz "Tiganę" to "Gra o tron" jest napisana dla Ciebie.
Zostaniesz wciągnięty w dworskie intrygi, poznasz bohaterów przeżywających chwile
zwątpienia i słabości.
Kolejne rozdziały powieści są zapisem wydarzeń z punktu widzenia jednej z ośmiu
osób żyjących w Siedmiu Królestwach i poza nimi. Ta metoda się sprawdza - na pewno
znajdziesz wśród nich swoją ulubioną postać, znajdziesz również tę, której nie
znosisz albo denerwuje Cię ponad wszelką wytrzymałość. Warto zaznaczyć, że zajęcie
przez bohatera pierwszoplanowej roli narratora nie oznacza, że będzie on (bohater, rzecz
jasna :)) żył długo i szczęśliwie. Bohaterowie, których punktu widzenia nie znamy
są jednak przedstawieni tak, że żadną miarą nie można ich określić jako
drugoplanowych. Każdy z nich wydaje się gotów do dołączenia do grona zapoznającego
Cię ze światem stworzonym przez autora.
Martinowi udało się zawrzeć w swojej książce to, co najlepsze w fantasy. Wejdziesz
w średniowieczny, feudalny świat, zagłębisz się w pasjonującą fabułę, poznasz
bohaterów, do których możesz się przywiązać. W "Grze o tron" nie ma
tytanicznych zmagań sił Dobra i Zła. Możesz jedynie powiedzieć sobie "uważam,
że oni mają rację", co wcale nie znaczy, że polubisz wszystkich mających rację
ani, że nie polubisz nikogo z ich przeciwników - i mówię to z własnego
doświadczenia. Na dodatek zdanie, które zdążyłeś sobie wyrobić o bohaterze w
pierwszej połowie książki czasem będziesz musiał gwałtownie zmienić po lekturze
drugiej połowy.
Zarysowany konflikt również nie jest klasyczny - wśród ludzi widać co najmniej
trzy jego strony, a na Murze Czarna Straż przeczuwa nadejście nowego (lub bardzo
starego) zagrożenia z północy.
Wszystko to połączone w jednej książce przez Martina daje całość, której nie
waham się nazwać magiczną. Na okładce powinno być umieszczone ostrzeżenie przed
pochopnym rozpoczynaniem lektury, jeśli nie ma się czasu na jej dokończenie - czas
znajdzie się i tak, ale inne obowiązki na tym ucierpią.
Największą wadą książki jest ... jej zakończenie stworzone wedle najlepszych
reguł Hollywood. Po jego przeczytaniu chce się natychmiast przejść do lektury drugiego
tomu. Niestety, ukazał się on na zachodzie dopiero w lutym tego roku i na polski
przekład przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać...
Nieco mniejszą wadą jest przekład sprawiający chwilami wrażenie sztucznie
zlepionych fragmentów pochodzących spod piór różnych osób - wśród nazw własnych
spotkamy obok siebie "Casterly Rock" i "Królewską Przystań" czy
dziwaczną hybrydę "Vale Arrynów". Niestety natknęłam się również na
takie kwiatki jak "ubrać płaszcz" i "zdobiona emeraldami tiara".
Znowu korekta i redakcja zaspały. Oby w kolejnych tomach było lepiej.
George R.R. Martin "Gra o Tron"; Zysk i
S-ka, Poznań 1999.
|