
Każdy, kto zna "Agenta Dołu", "Bogów jak ludzi",
"Korekturę", "Krawędź snu", "Wideo Pana Boga" Marcina
Wolskiego ten znakomicie wie, czego może spodziewać się po tym autorze. W jego
opowieściach można zawsze znaleźć humor i dynamiczną akcję, której miejscem jest
wiele różnych, rozmieszczonych na całym świecie, często dość egzotycznych scenerii.
Na pewno pojawią się piękne i tajemnicze kobiety, a nieodłącznym elementem będzie
też seks. Głównym bohaterem bywa zwykle zupełnie przeciętny mężczyzna w średnim
wieku, najczęściej Polak (Adam Szarecki w "Bogowie jak ludzie", Jerzy Złocki
w "Krawędzi snu"). Ale z pewnością też będą mu pomagać lub przeszkadzać
ludzie, o których można wiele powiedzieć, ale na pewno nie to, że są przeciętni -
szpiedzy, agenci i płatni mordercy. Na czym zaś polega fantastyczność tekstów Marcina
Wolskiego? Bywa to mieszanka parapsychologii, wątków religijnych i klasycznych
opowieści o przybyszach z innych planet. Ten schemat powtarza się już od wielu lat.
Najnowsze dzieło tego autora, "Według Św. Malachiasza", również zbytnio od
niego nie odbiega. Niestety wydaje się, że jest to najsłabsza powieść Marcina
Wolskiego z ostatnich lat. Dlaczego tak się stało?
Autor przedstawia "Według Św. Malachiasza" jako trzecią część trylogii,
na którą składają się jeszcze "Agent Dołu" i "Krawędź snu".
Elementem je łączącym nie jest fabuła ani bohaterowie, lecz tematyka. Wszystkie one
opowiadają bowiem o nadchodzącym końcu świata. Ma on być spowodowany przez ludzi za
namową sił piekielnych, ale to ludzie mają do odegrania decydującą rolę w zagładzie
swojego rodzaju. Owa wizja jest jednak w "Według Św. Malachiasza" najmniej
sugestywna. Wydaje się, że autor nie zapanował nad wszystkimi wątkami, które wplótł
w akcję powieści. Mamy więc w niej tytułowe proroctwo Świętego Malachiasza,
opisujące wszystkich papieży aż do skończenia świata (po Janie Pawle II miałby być
już tylko jeden). Mamy elementy parapsychologii - medium nawiązujące kontakty ze
zmarłymi, chłopca potrafiącego wpływać na zachowanie innych ludzi. Mamy
ogólnoświatowy spisek. Mamy też tajemniczy artefakt - diabelską łezkę. Problem
polega na tym, że tym razem wszystkie te elementy nie łączą się w jedną spójną
całość, każda z nich zdaje się być tematem na osobną opowieść. Co gorsza, nie
widać niestety większego związku tytułowego proroctwa z resztą powieści. Można je
spokojnie usunąć bez żadnej szkody dla treści książki. Tradycyjne składniki
Wolskiego nie stworzyły tym razem smakowitej potrawy. Prawdopodobnie również fakt, że
jest to już kolejna pozycja bardzo podobna do poprzednich, wpłynął na jej odbiór
przeze mnie. A brakuje jej niestety świeżości "Agenta Dołu", jej fabuła nie
jest też tak doskonale skonstruowana jak w "Bogach jak ludziach" czy
"Korekturze".
Tym niemniej nie można nie przyznać tej powieści, że jest jak zwykle bardzo
sprawnie napisana. Czyta się ją szybko i z przyjemnością. Jednakże na spotkaniu z
autorem okazało się, że nie to było głównym zamiarem pisarza. Marcin Wolski
stwierdził, że jego celem jest przekazywanie poważnych prawd o otaczającym nas
świecie i współczesności. Zastanówmy się więc, co autor właściwie chciał
przekazać. Po pierwsze więc, że istnieje życie po śmierci. Po drugie, że świat
dąży ku zgubie. Po trzecie, że my sami możemy jeszcze to powstrzymać. Dokładnie
scharakteryzowane postacie szóstki złych ludzi uosabiają zapewne te cechy człowieka,
którymi autor najbardziej pogardza. A aby czytelnik mógł się z owym przesłaniem
zapoznać bez znużenia i z zainteresowaniem, autor ubiera je w przyjemną, sensacyjną
formę. Niestety forma ta decyduje raczej o tym, że przesłanie zostaje gdzieś przez
czytelnika zagubione, znika pośród pościgów i strzelanin.
Nie można nie skomentować też jedynej sceny erotycznej w tej książce. Jest ona
dość śmiała, ale całkowicie niepotrzebna i nieuzasadniona treścią. Najlepiej
zresztą opisują ją słowa Jo'Asi, którymi pozwolę sobie się teraz posłużyć. Co
prawda Marcin Wolski wygląda bardzo podobnie do Andrzeja Sapkowskiego, ale łatwo jest
też znaleźć między nimi różnice. Jedną z nich jest to, że nad scenami erotycznymi
opisanymi przez ASa nie rechoczemy, o ile takie nie było założenie autora. A seks
opisany przez Marcina Wolskiego wywołuje tylko wesołość.
Grubą przesadą jednak byłoby stwierdzenie, że "Według Św. Malachiasza"
jest kompletną wpadką. Podtrzymuję swoje zdanie, że jest to dobrze napisana pozycja
rozrywkowa i nie żałuję, że spędziłem nad nią trochę czasu. Ale po przeczytaniu
zatęskniłem jednak do czasów "Agenta Dołu" i "Antybaśni"...
Autor przyznał, że kończy tą powieścią ową Trylogię Końca Świata. To dobrze,
bowiem wyraźnie temat został już wyczerpany. Wolski zapowiada coś zupełnie nowego, a
co to będzie, tego zapewne dowiemy się już niedługo.