Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 3 [czerwiec-lipiec 1999]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona

Konrad R. Wągrowski

Marcin Wolski "Według Św. Malachiasza"

Każdy, kto zna "Agenta Dołu", "Bogów jak ludzi", "Korekturę", "Krawędź snu", "Wideo Pana Boga" Marcina Wolskiego ten znakomicie wie, czego może spodziewać się po tym autorze. W jego opowieściach można zawsze znaleźć humor i dynamiczną akcję, której miejscem jest wiele różnych, rozmieszczonych na całym świecie, często dość egzotycznych scenerii. Na pewno pojawią się piękne i tajemnicze kobiety, a nieodłącznym elementem będzie też seks. Głównym bohaterem bywa zwykle zupełnie przeciętny mężczyzna w średnim wieku, najczęściej Polak (Adam Szarecki w "Bogowie jak ludzie", Jerzy Złocki w "Krawędzi snu"). Ale z pewnością też będą mu pomagać lub przeszkadzać ludzie, o których można wiele powiedzieć, ale na pewno nie to, że są przeciętni - szpiedzy, agenci i płatni mordercy. Na czym zaś polega fantastyczność tekstów Marcina Wolskiego? Bywa to mieszanka parapsychologii, wątków religijnych i klasycznych opowieści o przybyszach z innych planet. Ten schemat powtarza się już od wielu lat. Najnowsze dzieło tego autora, "Według Św. Malachiasza", również zbytnio od niego nie odbiega. Niestety wydaje się, że jest to najsłabsza powieść Marcina Wolskiego z ostatnich lat. Dlaczego tak się stało?

Autor przedstawia "Według Św. Malachiasza" jako trzecią część trylogii, na którą składają się jeszcze "Agent Dołu" i "Krawędź snu". Elementem je łączącym nie jest fabuła ani bohaterowie, lecz tematyka. Wszystkie one opowiadają bowiem o nadchodzącym końcu świata. Ma on być spowodowany przez ludzi za namową sił piekielnych, ale to ludzie mają do odegrania decydującą rolę w zagładzie swojego rodzaju. Owa wizja jest jednak w "Według Św. Malachiasza" najmniej sugestywna. Wydaje się, że autor nie zapanował nad wszystkimi wątkami, które wplótł w akcję powieści. Mamy więc w niej tytułowe proroctwo Świętego Malachiasza, opisujące wszystkich papieży aż do skończenia świata (po Janie Pawle II miałby być już tylko jeden). Mamy elementy parapsychologii - medium nawiązujące kontakty ze zmarłymi, chłopca potrafiącego wpływać na zachowanie innych ludzi. Mamy ogólnoświatowy spisek. Mamy też tajemniczy artefakt - diabelską łezkę. Problem polega na tym, że tym razem wszystkie te elementy nie łączą się w jedną spójną całość, każda z nich zdaje się być tematem na osobną opowieść. Co gorsza, nie widać niestety większego związku tytułowego proroctwa z resztą powieści. Można je spokojnie usunąć bez żadnej szkody dla treści książki. Tradycyjne składniki Wolskiego nie stworzyły tym razem smakowitej potrawy. Prawdopodobnie również fakt, że jest to już kolejna pozycja bardzo podobna do poprzednich, wpłynął na jej odbiór przeze mnie. A brakuje jej niestety świeżości "Agenta Dołu", jej fabuła nie jest też tak doskonale skonstruowana jak w "Bogach jak ludziach" czy "Korekturze".

Tym niemniej nie można nie przyznać tej powieści, że jest jak zwykle bardzo sprawnie napisana. Czyta się ją szybko i z przyjemnością. Jednakże na spotkaniu z autorem okazało się, że nie to było głównym zamiarem pisarza. Marcin Wolski stwierdził, że jego celem jest przekazywanie poważnych prawd o otaczającym nas świecie i współczesności. Zastanówmy się więc, co autor właściwie chciał przekazać. Po pierwsze więc, że istnieje życie po śmierci. Po drugie, że świat dąży ku zgubie. Po trzecie, że my sami możemy jeszcze to powstrzymać. Dokładnie scharakteryzowane postacie szóstki złych ludzi uosabiają zapewne te cechy człowieka, którymi autor najbardziej pogardza. A aby czytelnik mógł się z owym przesłaniem zapoznać bez znużenia i z zainteresowaniem, autor ubiera je w przyjemną, sensacyjną formę. Niestety forma ta decyduje raczej o tym, że przesłanie zostaje gdzieś przez czytelnika zagubione, znika pośród pościgów i strzelanin.

Nie można nie skomentować też jedynej sceny erotycznej w tej książce. Jest ona dość śmiała, ale całkowicie niepotrzebna i nieuzasadniona treścią. Najlepiej zresztą opisują ją słowa Jo'Asi, którymi pozwolę sobie się teraz posłużyć. Co prawda Marcin Wolski wygląda bardzo podobnie do Andrzeja Sapkowskiego, ale łatwo jest też znaleźć między nimi różnice. Jedną z nich jest to, że nad scenami erotycznymi opisanymi przez ASa nie rechoczemy, o ile takie nie było założenie autora. A seks opisany przez Marcina Wolskiego wywołuje tylko wesołość.

Grubą przesadą jednak byłoby stwierdzenie, że "Według Św. Malachiasza" jest kompletną wpadką. Podtrzymuję swoje zdanie, że jest to dobrze napisana pozycja rozrywkowa i nie żałuję, że spędziłem nad nią trochę czasu. Ale po przeczytaniu zatęskniłem jednak do czasów "Agenta Dołu" i "Antybaśni"...

Autor przyznał, że kończy tą powieścią ową Trylogię Końca Świata. To dobrze, bowiem wyraźnie temat został już wyczerpany. Wolski zapowiada coś zupełnie nowego, a co to będzie, tego zapewne dowiemy się już niedługo.


Poprzednia strona Spis treści Następna strona