Connie Willis nie używa
wielkich słów. Nie ma w tej książce płomiennych przemówień ani wielkich deklaracji.
Nikt też nie klnie jak szewc. Co więcej, w tej książce ani razu nie zostaje
wyciągnięta broń, nikt nikogo nie bije, nie ma również wielkiej miłości. A jednak
niewiele książek tak porywa jak to opasłe (ponad osiemset stron) tomiszcze.
Książka zaczyna się od wysłania młodej studentki historii w podróż w czasie.
Kivirin Engle dociera szczęśliwie, akcja zaczyna się rozwijać, ale nagle okazuje się,
że to, co dzieje się w czasie, który bohaterka opuściła, jest równie ważne.
Książka rozbija się na dwa odrębne, ale jednakowo fascynujące wątki. Powoli, krok po
kroku, dowiadujemy się, jakie są prawdziwe przyczyny przedstawionych w książce
wydarzeń. Connie Willis po mistrzowsku rozsiewa w swej opowieści mnóstwo drobnych
tropów, które w odpowiednim momencie łączą się w całość.
Co mnie szczególnie ujęło - ludzie średniowiecza i dwudziestego pierwszego wieku
stają wobec zagrożenia. I co robią? Zachowują się po ludzku. Boją się, marudzą,
troszczą o bliskich i samych siebie. Dodatkowo opisane jest to doskonale. Autorka używa
właściwych słów we właściwych momentach, budząc w czytelniku prawdziwe uczucia.
Książka często pobudza do śmiechu, ale równie często chwyta ze serce. Na przykład
przejście od drugiej do trzeciej części jest po prostu wstrząsające, pomimo, że
polega na podaniu jednej daty.
Mam wobec tej książki tylko jeden zarzut - nie bardzo wiem, czy można ją uznać za
książkę SF. Bardziej kojarzyła mi się z powieścią obyczajową z kilkoma elementami
fantastyczno-naukowymi. Ale skoro World Science Fiction Society (R) przyznało
"Księdze Sądu Ostatecznego" w 1993 nagrodę Hugo, zrównując ją przy tym z
"Ogniem nad Otchłanią" Vernora Vinge'a, to chyba można tą książkę
zaliczyć do szeroko pojętej fantastyki. Można więc się nią spokojnie rozkoszować i
pozostać fanem SF, czego wszystkim serdecznie życzę.