Nie przekroczyliśmy jeszcze połowy roku, a na rynku pojawiło się już kilka
książek polskich autorów. I to nie takich, które trzeba wyszukiwać po
specjalistycznych księgarniach, bo zostały napisane przez zupełnie nieznanych ludzi czy
wydane przez efemeryczne wydawnictwa. Pojawili się już Sapkowski, Brzezińska, Huberath,
Wolski i Zimniak. No i teraz jeszcze Komuda. Jego książka jest warta uwagi z kilku
powodów: po pierwsze - jest debiutem książkowym tego autora; po drugie - pozycję
wydała Alfa, która niezbyt często sięga po polskich pisarzy; po trzecie wreszcie -
jest to pierwsza książka polskiego autora wydana jako dodatek do systemu RPG.
I właśnie o ten dopisek ("Akcja rozgrywa się w realiach systemu DZIKIE
POLA") mam do wydawnictwa wielki żal. Spłyca on bowiem wymowę opowiadań, robiąc
z nich jedynie pomagające wprowadzić gracza w realia "Dzikich Pól" dodatki,
wymuszając niejako na czytelniku traktowanie tej prozy jako nierozerwalnie związanej z,
notabene jednym z lepszych, systemem RPG. A szkoda, bo pierwotnie były one odbierane
(przynajmniej przeze mnie) jako zwykłe opowiadania bazujące na polskich wierzeniach i
sienkiewiczowskiej tradycji, podkolorowane niesamowitymi zdarzeniami, natomiast nie
wiązałem ich bezpośrednio z grą. Dzięki temu czytało mi się je bardzo przyjemnie. W
przeciwieństwie do aktualnej lektury, nad którą zawisło fatum nieznajomości systemu.
Zastanawiam się tylko, jak to wyglądało naprawdę. Czy Jacek Komuda pisał
opowiadania od razu z myślą o osadzeniu ich w realiach systemu (co teraz oficjalnie
uczyniono owym napisem na okładce), czy może jednak system powstał nieco później,
niejako bazując na tych właśnie opowiadaniach? Jasne, zasadniczo nie ma to znaczenia,
fakt pozostaje faktem, jednak z doświadczenia wiem, że nie wszystkim (a zwłaszcza mnie)
spodobało się ściągnięcie opowiadań do roli, jaką pełnią książki z nadrukiem
DragonLance czy Warhammer - które czyta się wyłącznie po to, by wejść głębiej w
świat gry. Całkiem sporo osób, gdy widzi na okładce napis, że książka jest osadzona
w realiach jakiejś gry, omija ją dużym łukiem, nie traktując jej jak pełnoprawnej
powieści czy zbioru opowiadań (co zasadniczo jest słuszne, np. w przypadku Magic: The
Gathering czy Forgotten Realms), a raczej jako zapisy sesji, czy niewarte uwagi
wprowadzenia do świata. Inna sprawa, że jedno z opowiadań w "Opowieściach z
Dzikich Pól" - "Pod Wesołym Wisielcem" - powstało właśnie dzięki
przeróbce opublikowanego w MiMie scenariusza przygody.
Ale - przejdźmy do meritum. Na książkę składa się osiem opowiadań, powiązanych
w wątpliwą całość dzięki prostemu wybiegowi. Otóż do Trembowli przybywa pewien
Francuz, Bertran de Coussy, który zbiera spostrzeżenia z Polski i Litwy, chcąc je
opublikować w Paryżu. Niestety, nie są one pochlebne dla szlachty. Pech (a raczej inna
siła :)) chce, że całe miasto jest zapchane wojskiem gromadzącym się przeciw Tatarom,
w związku z czym z radością pakuje się do napotkanej puściuteńkiej karczmy. Nie
słucha delikatnych próśb o opuszczenie lokalu, przez co jest świadkiem zjazdu kilku
szlachciców (m.in. Muraszko i Dydyński). Ci, popijając miód, zaczynają snuć rozmaite
opowieści. Właśnie te, które zawierają się w tomie.
Niestety, większość tych opowieści (konkretnie sześć, chyba że nie dotarłem do
pism, w których wydrukowano pozostałe dwa) jest znana uważnemu czytelnikowi fantastyki.
Idąc po kolei: "Czarna Nowina" była publikowana w Złotym Smoku 6/95,
"Veto" także w Złotym Smoku, ale 3/95, "Pod Wesołym
Wisielcem" (jako scenariusz do systemu "Dzikie Pola") w Magii i Mieczu
12/96, "Zapomniana duma" w Fenixie 2/95, "Złoty Wij" w Voyagerze
5/92, a ostatnie, "Trzech do podziału", w Nowej Fantastyce 6/96.
Niepublikowane dotychczas były jedynie "Pan Niewiarowski" i "Nie trać
waszmość głowy!", przy czym nie są to ani opowiadania najdłuższe w zbiorze, ani
specjalnie przewyższające jakością te już znane. Naturalnie powtarzane opowiadania
trochę się zmieniły, jednak nie miałem czasu na dokładne porównywanie wersji.
Zauważyłem tylko trochę uciążliwą dla mnie zmianę - służący w "Złotym
Wiju" zmienił imię z Czebeja na Ułuka. Nie wiem, co było przyczyną akurat takiej
zmiany, jednak większą sympatią darzyłem Czebeja. :(
Aha - takoż w "Złotym Wiju" zmienione zostało imię głównego bohatera z
Adriana na Andrzeja. Naprawdę ciekawym, czemu.
Mimo to z przyjemnością przeczytałem zbiorek, zwłaszcza, że z drukowanymi w prasie
fantastycznej opowiadaniami zawarłem znajomość ładnych parę lat temu. Komuda pisze
bardzo dobrym, nie męczącym językiem, doskonale sobie radząc bez zalatujących
zamierzchłymi wiekami wyrazów (na przykład nie używa tak popularnego ostatnio
"nynie" :)). Może pewnym mankamentem jest zbytnie poleganie na zjawiskach
nadprzyrodzonych, fatum oraz mości Boruckim, narodowym polskim Diable. Jedynie "Pod
Wesołym Wisielcem" jest wolne od wszelakich paranormalnych ingerencji, ale to
opowiadanie powstało z przeróbki scenariusza, więc trudno je stawiać w jednym z
rzędzie z historiami opracowanymi od podstaw jako opowiadania.
Wszystkie historie są krótkie i raczej nieskomplikowane, z jednym motywem przewodnim.
Zebrane w jeden tom ukazują jednak niepokojącą cechę - zaczynają w pewnym momencie
nużyć. Oprócz jednego opowiadania ("Veto", które rozgrywa się w oblężonej
Moskwie) we wszystkich występuje motyw drogi, podróży, wiecznej włóczęgi po
gościńcach. Tak, jakby bohaterowie Komudy nie byli w stanie zagrzać jednego miejsca,
ciągle gnani do przodu, niespokojni, niecierpliwi, wypędzani przez los. Nawet Jan
Nowicki ("Czarna Nowina"), który wraca z wyprawy wojennej, nie ma wielkich
szans na nacieszenie się widokiem pięknej żony. Zagrożony przez Stadnickiego Diabła
musi szukać sobie sprzymierzeńców. Dzięki temu opowiadania są wypełnione akcją,
bijatykami i pościgami, natomiast nie ma w nich dokładniejszych rysów psychologicznych
postaci. Nawet Krzysztof Wilamowski z "Veta", mimo poświęcenia mu całej uwagi
autora, nie do końca jawi się człowiekiem z krwi i kości. Może jest to wina
narzuconych przez formę opowiadania ograniczeń - przekonamy się zresztą już
niedługo, gdy wyjdzie zapowiadana powieść autora.
Drugim filarem opowiadań Komudy jest fatum - Los. Bohaterowie nie mają żadnych szans
na wyplątanie się z zadzierzgniętej wokół nich sieci zdarzeń. Jan Kunicki z
"Veta" i tak odda duszę Borucie - mimo, że uzyskał od niego pomoc zgoła
bezinteresownie. Oblężeni w Moskwie Polacy i tak zginą - od nich tylko zależy, jaką
śmiercią. Nie zapanuje pokój między Kozakami a Polakami - tu nie pomoże nawet
magiczna lira. Głowa trupa i tak sprowadzi, wedle przepowiedni, nieszczęście na jej
posiadacza. A Polska i tak ulegnie zaborcom... Błędne koło, zupełnie nie do
przezwyciężenia. Sami przyznacie, że trochę to przygnębiające...
Niestety, mimo iż z miłą chęcią przeczytałem książkę, nie polecam jej zakupu.
Owszem, jest ładnie wydana (jak zawsze u Alfy) i nie ma śmieciarskiego papieru (jak
najnowszy Sapkowski); jednak po to, by przeczytać dwa nowe opowiadania, można równie
dobrze udać się do jakiejś biblioteki, a nawet posiedzieć trochę dłużej w
księgarni i podrażnić ekspedientki. Opowiadania w końcu nie są długie. Gorzej,
jeśli ktoś chce mieć wszystko w jednym i nie lubi grzebać się w starych pismach.
Całą resztę jednak zapewniam - nie ma co biadolić i rąk załamywać; będzie w tym
roku jeszcze okazja wydania pieniędzy na Komudę. Zapowiada się bowiem, że będzie
miał on wyjątkowo pomyślny rok: lada moment SuperNOWA powinna wydać jego powieść -
"Wilcze gniazdo" (i chyba ta właśnie pozycja byłaby lepsza jako debiut), a
ktoś inny (ciekawe, kto?) coś, co trudno mi zaklasyfikować - "Warchołowie i
pijanice: poczet polskich hultajów i swawolników". Pojęcia nie mam, czy będzie to
coś a la poczet bohaterów do "Dzikich Pól", czy książka raczej historyczna,
z biogramami co gorszych przedstawicieli sarmackiej Rzeczypospolitej. Pożyjemy,
zobaczymy. Na razie możecie schować pieniądze z powrotem do skarpety.