Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 3 [czerwiec-lipiec 1999]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona

LV 426

The Phantom Menace

SŁOWO OD KOREKTY:

Korekta na samą myśl o "Episode 1: The Phantom Menace" dostaje podwyższonej temperatury i zawrotów głowy. Korekta jest zaprzysięgłą maniaczką Gwiezdnych Wojen. Korekta panicznie boi się najlżejszego choćby spoilera i jest gotowa mordować w razie wyjawienia jej czegokolwiek związanego z w/w filmem. W związku z tym korekta odmawia wykonania swoich obowiązków względem poniższej recenzji, tłumacząc się stanem wyższej konieczności. Korekta liczy na zrozumienie i za ewentualne błędy w tekście uprasza obwiniać wyłącznie autora... :)

Czekaliśmy na ten film może trochę za długo. Nadzieje nasze rosły wraz z mijającymi latami. Spodziewaliśmy się arcydzieła. Stanąłem na głowie i obejrzałem go w pierwszym tygodniu projekcji (w końcu z Kanady do Stanów nie jest tak daleko). Nie żałuję kasy jaką dałem za to. Ale niestety tylko tyle. Nie jest to arcydzieło, na jakie czekaliśmy. Jeśli macie dzieci i chcecie wychować je na porządnych ludzi (czytaj: fantastów) to macie OBOWIĄZEK iść z nimi na Star Wars Episode 1 - Phantom Menace. Jeśli jesteście fanatykami SW- idźcie (do kogo ta mowa, i tak pójdą), jeśli jesteście zwolennikami wyższości SW nad ST, powinniście iść (ale nie bierzcie ze sobą adwersarza). Jeśli chcesz komuś pokazać co to jest fantastyka, czym są filmy fantastyczne i czym jest klasyczna space opera - idź lepiej na New Hope, lub następne części (zapewne wyświetlają je gdzieś w kinie niedaleko Ciebie). Niestety Phantom Menace nie można polecić jako film na tzw. "dzień dobry" dla kogoś, kto Gwiezdne Wojny zna tylko ze słyszenia. Dlaczego, o tym powiem już za chwile. Ale najpierw moje wrażenia. Jestem maniakiem (ale nie fanatykiem) serii Gwiezdnych Wojen. W wojnie ST vs SW stanę po stronie Mocy (oczywiście po Ciemnej Stronie Mocy) i do ostatniego erga energii będę stał po stronie Imperium ale...

Niestety jest kilka ale a nawet całkiem ich sporo zacznę jednak od pozytywnych stron:

Efekty specjalne

FX-y są mocną strona Phantom Menace. Tak do końca to nie wiadomo co jest dekoracją a co efektem komputerowym, podobnie jest z postaciami obcych. Co jest lalką a co bitami, tego na pierwszy (a nawet na drugi) rzut oka nie można rozróżnić.

Efekty dźwiękowe

Dźwięk jest druga mocną stroną filmu. Idealnie pasuje do obrazu i uzupełnia efekty wizualne tworząc idealną całość. Co prawda dobór akcentów do postaci jest lekko kontrowersyjny (dla mnie) ale cóż - taki był pewnie zamysł reżysera.

Obsada

Aktorzy nie są już niestety tak dobrzy jak efekty specjalne ale nadal przewyższają obsadę z Epizodów IV, V i VI). Na szczególną uwagę zasługuje Natalie Portman grającą królową Amidalę. To, że jest to młoda jeszcze dziewczynka widać dopiero w ostatnich scenach filmu. Gra niezwykle dojrzale, a dodając do tego pewne smaczki jej roli należy potwierdzić twierdzenie (powstałe po "Leonie"), że mamy przed sobą wschodzącą gwiazdę ekranu. (Miejmy jednak nadzieję, że następne części SW nie będą kręcone, tak, aby dorównać jej wiekowi).

Rozmach i reklama

Rozmach jest rzeczywiście zachwycający. Starano się pokazać wiele rzeczy. Reklama (zwłaszcza w Internecie) pokazała co to znaczy rozbudzić nadzieję - oby każdy dobry film miał taki fundusz na rozbudzenie nadziei.

Skoro jednak mówimy o pokazywaniu wielu rzeczy odnoszę wyrażenie, że z jednej strony starano się pokazać jak najwięcej wątków, a z drugiej strony spłycono fabułę. Dlaczego tak sądzę? Otóż Zło nie jest straszne. Pamiętacie Boba Fett'a albo Jabbę? Co byście zrobili mając w ręku miotacz, którego jemu by zabrakło? No właśnie. Natomiast w Phantom Menace Zło jest słabe i (wybaczcie mi to stwierdzenie) odpustowe. To pierwsza słabość.

Druga słabość

Yoda. Wygląda jak gumowa lalka (mimo tego co było powiedziane powyżej o FX-ach). W porównaniu do innych postaci jest straszliwie sztuczny. Jedyną bardziej sztuczna osobą jest mały osobnik gatunku Greedo. Nie jest jednak najgorszą rzeczą.

Scenariusz

Wygląda on na dzieło kogoś, kto serie Gwiezdnych Wojen zna tylko ze słyszenia lub (co gorsza) z apokryfów, dumnie zwanych książkami traktującymi o tym świecie. Podstawowe rzeczy się gryzą ze sobą jak wściekłe psy. Mam podać przykłady? Proszę bardzo (nie są to jednak psujaki psujące przyjemność oglądania filmu):

  • sposób na wykrycie potencjalnego Jedi
  • czynnik decydujący o szkoleniu kogoś (lub nie) na rycerza Jedi
  • debilizm Wysokiej Rady Jedi
  • to się kupy nie trzyma! Akcja filmu opiera się na pewnym wydarzeniu - Zło próbuje wygrać. Zło zostaje zażegnane i co? I nic! Winnym pogrożono palcem i puszczono wolno. To, że ktoś zginął nie liczy się. To, że bezpieczeństwo bezbronnych planet zostało zagrożone to nic. Nikt nie przejmuje się tym, że stworzono niebezpieczny precedens. Spokojnie wracajcie, mówi się agresorom, i nie róbcie tego więcej. Oto cała reakcja. To że przedtem się mówi że całość ataku nie ma sensu już nikogo nie obchodzi. Nikt się nie interesuje kto zyskał na całej tej sytuacji (a jest taka osoba, która wygrywała bez względu na to co się stało) - to jest polityka? Jeśli tak, to polski parlament w piętnaście minut wykryje więcej rzeczywistych spisków niż Spęd Senatorów Galaktyki w piętnaście lat. Pięć (tak PIĘĆ) minut po zakończeniu filmu ma się wrażenie, że galaktyką żądzą debile i przeciętny dziesięciolatek by spokojnie ich zdeklasował pod względem intryg.

Jeśli ktoś się zdecydował, że jednak nie ma sensu iść, to będę mimo wszystko protestował. Film OGLĄDA się świetnie. Nie myśl - oglądaj. A wtedy wszystko będzie dobrze. Pod względem wizualnym jest wspaniale.

Jeśli nadal masz wątpliwości to mam dla ciebie jeden argument - (SPOILER) walka jednego z Mistrzów Jedi i jego ucznia z uczniem Ciemnej Strony Mocy. Za tą walkę warto było dać 80$ (biletów nie było już w kasie). Jest piękna. Oni nie walczą - oni tańczą. Jednak potknięcie oznacza śmierć. To jest jednak nieważne. Każda chwila tego tańca jest warta całe to życie. To sama esencja życia - każdy żyje by tańczyć ze śmiercią, tańczy, by umrzeć - a po tym, jak umiera można zobaczyć do której strony należy.

Szkoda, że uczeń Ciemnej Strony został potraktowany tak ogólnikowo. Bez szkody dla filmu można go było spokojnie wyciąć. To, że się pojawia nie wzbudza żadnego (powtarzam ŻADNEGO) niepokoju u Rady Jedi, chociaż powinno. Jest jednak na to wszystko wytłumaczenie: oni (tak jak i my) wiedzą do czego to wszystko doprowadzi...

Jeśli jesteś fanatykiem, to przygotowano dla ciebie kilka bardzo interesujących nawiązań, przy których spadniesz z fotela. Dla tych smaczków również warto się udać i obejrzeć ten film.

Hmmm... tak na koniec obserwując to co się dzieje w Polsce, wnioskując z tego co wyczynia ksiądz Rydzyk i diecezja gdańska to nie sądzę, żebyście jednak obejrzeli Star Wars Episode I. Babcie dewotki zablokują kina, a radio Maryja doprowadzi do szybkiego zejścia filmu z ekranów... Dlaczego? Mam nadzieję, że zobaczycie.

Podsumowując: jeśli spodziewacie się że Phantom Menace dostanie więcej niż jednego Oskara (za efekty specjalne), to możecie to sobie wybić z głowy i iść obejrzeć, jeśli chcecie wiedzieć jak to się zaczyna - idźcie ze spokojem, jeśli byliście na familijnym filmie "Lost In Space" i się wam podobał, to stańcie na głowie, zdobądźcie bilety dla siebie, współmałżonka i dziecka i naszykujcie się na kawałek świetnego kina...


Poprzednia strona Spis treści Następna strona