Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 3 [czerwiec-lipiec 1999]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona

Marcin Piontek

"Między piekłem, a niebem"

"Między piekłem, a niebem" to dość nietypowa fantastyka z Robinem Williamsem w roli głównej. Całość charakteryzuje ciepły styl charakterystyczny dla jego lepszych pozycji. Powiedziałbym, że jest w tym coś z "Fisher King'a", gdyby nie to, że historia jest dość różna, a całość bardziej dramatyczna.

Rzecz bez wątpienia nie nadaje się dla "twardych facetów" i "kobiet bez złudzeń". Dla tych będzie beznadziejnie ckliwa, sentymentalna lub kiczowata. By ją obejrzeć i przeżyć, trzeba raczej wierzyć w magię, w uczucia, ich siłę i wartość dla życia i być trochę dzieckiem.

Rzecz traktuje o najstarszym z tematów: o miłości, która potrafi przetrwać śmierć. Tym razem dosłownie. O tym co jest rajem dla ludzi obdarzających się tym uczuciem i o tym co jest dla nich piekłem. Pokazuje miłość od pierwszego wejrzenia, która po latach prawdziwego istnienia (czyli tego, w którym jest miejsce również na smutki i problemy, z którymi się trzeba uporać) zostaje brutalnie przerwana. Przez śmierć. Ta śmierć zdaje się być fatum, które ciąży na losach bohaterów. Która jest jakby zapłatą za to, że potrafili i odważyli się być szczęśliwi. Trochę jak w "Dziadach" Mickiewicza.

Potem pojawiają się wybory, trudne i łatwe, które mają pozwolić się bohaterom odnaleźć. To z kolei, jest trochę jak z "Una pura formalita" (przepraszam jeśli przekręcam tytuł, ale oglądałem to w wersji angielskiej i pojęcia nie mam jaki był polski tytuł) z Polańskim i Depardieu. Choć "Una pura formalita" jest akurat dużo trudniejsza w odbiorze i mniej niż "Między piekłem, a niebem" schematyczna.

Ten film nie jest malowany rozumem, ale raczej sercem i uczuciem i to one, mimo pewnego konwencjonalizmu i w sumie dość przejrzystego schematu, wyznaczają jego logikę. Jak sławetne "szkiełko i oko". Całość osadzona jest w scenerii romantycznego malarstwa. Jeśli ktoś widział świetną wystawę "Deutsche Romantik" w Londynie parę lat temu, ten będzie wiedział o co mi chodzi (podobne wystawy były zresztą swojego czasu - choć na wiele mniejszą skalę - również w Zachęcie i w Muzeum Narodowym w Warszawie). To malarstwo z czasem się zmienia i przechodzi w coś rodem z Boscha, mroczniejszych obrazów Beksińskiego i niektórych sztuk Kantora ("Umarła klasa"). Jest tam niebo i czyściec, jest i piekło. Co ciekawe, każde z nich ma być indywidualne, choć piekło potrafi być jednakie dla wielu. Niebo często ma coś z impresjonistów, także coś z surrealizmu Dalego, choć jego granica z piekłem to już prawdziwy Turner. Potrafi być obrzydliwie konwencjonalne. Czyściec trudniej mi nazwać. To chyba racjonalizm. Próba zmierzenia wszystkiego rozumem. Nie przypadkiem więc przypomina Styks płynący przez bibliotekę (jakby to durnie nie brzmiało). Wiele w tym drugiej połowy wieku XIX-ego i jego wiary w rozum. Pojawia się i kapłan rozumu. Potem już piekło. To chyba znów rozmantyzm okraszony Breughlem i Boschem, a oglądany oczyma Dantego. Jest tam miejsce na zniszczenie nienawiści, choć najgłębszy krąg piekieł to zwątpienie i brak nadziei. Odwrócona katedra. Dom pełen duchów. Chłód zapomnienia.

Tym co dla mnie w tym filmie ciekawe, to myśl, że niebo nie musi być rajem i że nawet raj, w czystej sielankowej formie nie potrafi dać takiego szczęścia jak prawdziwe życie z jego poszukiwaniem się nawzajem, uczuciem i wzajemnym odkrywaniem wciąż na nowo. Dla tej myśli czuję, że warto było na "Między piekłam, a niebem" pójść. Nawet jeśli przez cały czas wiadomo jak historia ta się skończy.

Dla ostrzeżenia powiem jednak, że jakkolwiek jest to pierwszy od bardzo dawna film, na którym słyszałem na zakończenie oklaski z widowni, to niemało osób wcześniej wyszło przed jego zakończeniem. Moja (czysto złośliwa i pewno niesłuszna) interpretacja jest taka, że to dlatego, że "się nie strzelali".


Poprzednia strona Spis treści Następna strona